piątek, 23 grudnia 2016

Top 5 zapachów na Święta



Są takie perfumy, które od razu kojarzą nam się ze Świętami Bożego Narodzenia. Ciepłe, przyprawowe, otulające. Na chwilę przed tym magicznym czasem, chcę Wam przedstawić moje ukochane zapachy bożonarodzeniowe.

# 5

YSL- Opium


Myślę, że nie muszę nikomu go przestawiać. Choć osobiście bliższa memu sercu jest wersja klasyczna z lat 70tych to i współczesna jest piękna. Intensywna, balsamiczna, narkotyczna woń z mirrą, paczulą i ambrą na czele.


# 4

Botrytis - Ginestet

Gęsty, słodkawy aromat świąteczego piernika na miodzie i suszonych owoców. Zawiesisty, może momentami wydać się za słodki jednak nie można odmówić mu oryginalności. Porównuję do niego również genialny, niestety wycofany już dawno Escada Collection.


# 3

Frapin- 1270



Cudnowny eliksir z prawdziwym miodem, kakao, suszonymi owocami. Słodkawy, przytulny i wyjątkowy jak wyątkowa jest chwila ubierania choinki, siadania do stołu z najbliższymi, otwierania prezentów.

# 2



 Serge Lutens- Rousse


Ciepły, korzenny i poprostu boski! Rousse pachnie jak Glöggi, czyli wino grzane pełne cynamonu, goździków z startą skórką pomarańczy.



# 1

L´Artisan Parfumeur- Tea for Two




Moja absolutna miłość i najlepszy zapach nie tylko na Święta, ale super rozgrzewaczo- otulacz na największe mrozy.Sprawdzone przy fińskich zimach, gdzie śnieg sypie prosto w twarz, a nawet para rajstop pod spodniami niewiele daje, gdy na dworze jest ponad -30stopni. Pyszna, mocno zaparzona herbata z mocą przypraw: cynamonem, kardamonem, imbirem i delikatn nut prawdzowego miodu. Czego jeszcze trzeba do szczęścia? Olofaktoryczne cudo!


Oczywiście to nie wszystkie świąteczne propozycje, bo dodałabym jeszcze Słonika Kenzo, Five o´clock au Gingebre, Safran Troublant i kilka innych, ale ta piątka jest moim zdaniem najbardziej świąteczna :)

A jak u Was z perfumami na Boże Narodzenie?  Czym będziecie pachnieć zasiadając do Wigilijnej  Wieczerzy?



Chciałam Wam życzyć przede wszystkich zdrowych i spokojnych Świąt.Aby żadna przykrość nie przeszkodziła radości tego czasu. Dużo szczęścia i oczywiście dużo prezentów!



piątek, 16 grudnia 2016

Lalique - Living






Roczarowanie roku. Tak w wielkim skrócie mogłabym napisać recenzję Living. Napaliłam się na flakon jak szalona. Gorączkowo czytałam KAŻDĄ recenzje, obejrzałam każdy filmik na ich temat, choć niewiele się dowiedziałam, ale po nutach wiedziałam, że to jest coś czego jeszcze nie mam i chciałam czegoś podobnego do Dior Homme, ale przechylającego się w damską stronę. No cóż, Dior Homme i tak muszę kiedyś kupić, a wielkiego flakonu Living z ulgą się pozbyłam. Czy znaczy to, że jest tak źle? Dla mnie tak, choć wiele osób uważa, że to zapach wyjątkowo oryginalny, inny. Ja dopowiem, że absolutnie nie polecam zakupu go w ciemno,bo z braku możliwości przetestowania ( niestety zapachy Lalique nie występują w Finlandii tak jak wiele innych marek) poprostu kliknęłam go i szok nastąpił dopiero po pierwszych testach, które wypadły negatywnie. W zasadzie sama kompozycja jest ciekawa, ale ma jedną, wielką, wręcz olbrzymią wadę, która skreśla całość i dlatego dla mnie Living to zmarnowany potencjał nad czym bardzo ubolewam.






Patrząc na plakatyreklamowe widzimy na nim kobietę sukcecu, buissnesswoman albo pania architekt. Biała bluzka, czarna marynarka i spodnie. Klasyka w nieco męskim wydaniu. I ten zapach byłby idealnym dopełnieniem do takiego stroju, bo ma wyraźnie męskie akcenty w postaci kolońskiej lawendy ( a ja nie znoszę lawendy!) wraz ze świeżą wetiwerą, jaką również spotykam wyłacznie w kompozycjach z napisem for men. Jednak nie jest tu nazbyt świeżo, bo wychwytuję pewną miękką puchowość i mniemam, że odpowiednialne jest za to drzewo kaszmirowe. To wszystko. Kompozycja na mnie w ogóle się nie zmienia, nie ewoluuje i mam dziwaczne wrażenie wąchania tego wszystkiego zza wielkiej  szyby pełnej smug. Jest niewyraźnie, mętnie jakby błądzić we mgle.

Jeśli ktoś nie znosi słodyczy w perfumach i chce czegoś z dystansem, ale świeżego ( nie mylić ze świeżakiem!) o ostrych kantach to myślę, że będzie to strzał w dziesiątkę, ale tu wychodzi na jaw wyraźna wada tej kompozycji, a mianowicie fatalne parametry. Ja od początku czuję ten zapach bardzo słabo, to taki skin scent. Niesamowicie bliskoskórny, niemrawy. Majaczy na skórze dosłownie kilka krótkich minut po czym bezpowrotnie znika, a że ja wprost nienawidzę skin scentów to tym bardziej łatwiej mi było podjąć decyzję o pozbyciu się bądź co bądź bardzo ładnego, eleganckiego i ciężkiego flakonu.

Myślę, że gdyby nie ta paskudna trwałość i projekcja to z chęcią nosiłabym Living, bo ten zapach jest interesujący aczkolwiek i tak można pomylić tę kompozycję z męskimi wodami i nie dla każdego będzie to fajne. Mój mąż kręcił nosem, że pachnę jak facet ;D,choć i tak ledwo co było czuć, że czegoś użyłam.

Dajcie mu jednak szansę jeśli lubcie same nosić męskie pachnidła o kolońskich nutach i jak ognia unikacie słodyczy w perfumach, a także jeśli lubicie CK Reveal, bo według mnie on ma ten podobny klimat do Living, ale żeby nie było:  to nie jest zamiennik i one nie pachną tak samo!
 Dla mnie jednak propozycja Lalique jest niedopracowana głównie pod względem parametrów dlatego oceniam ją tak nisko.




Nuty zapachowe:

nuty głowy: bergamotka, mięta, lawenda

nuty serca : gałka muszkatałowa, róża, czarny pieprz, irys

nuty bazy: cedr, labdanum, korzeń irysa, drzewo sandałowe, wetiweria, bób tonka, kaszmeran


Ocena : 3 - / 5



Cena: 100ml / ok. 170zł

Dostępność : perfumerie internetowe, nie jestem pewna, gdzie w PL można ten zapach dostać stacjonarnie



A co Wy myślicie o Living?

środa, 14 grudnia 2016

Grudniowy Livbox 2016








Ostatni Livbox w tym roku i bardzo liczyłam, że zawartość będzie iście świąteczna. Może jakieś zimowe limitki, coś do makijażu wszak np. IsaDora wypuściła bardzo ciekawą linię kolorówki na ten sezon. No niestety. Grudniowy Livbox jest dość słaby i żaden produkt za bardzo mnie nie interesuje, no może rozświetlacz i płyn do higieny intymnej, ale i tak mogłoby być lepiej.


Co mamy w grudniowym Livboxie:

1. Jordan- Total Protection-pasta do zębów 75ml

2. Nivea- Caring Shower Silk Mousse-pianka pod prysznic 35ml

3. RFSU-Intim Daily Wash-żel do higieny intymnej 40ml

4. Lumene-Lähde-Hydration Recovery-musująca maska w żelu do twarzy 4ml

5. Manna Kadar-Radiance Split Pan Bronzer and Highlighter Duo- bronzer i rozświetlacz

6. Lumene - Invisible Illumination Nordic Light-rozświetlacz do twarzy 15ml

7. Marabou-Premium 70% czekolada



Jak Wam się podoba zawartość tego boxu? Znacie coś?

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Golden Rose-Prodigy Gel- żelowy lakier do paznokci nr 07





Kolejny żelek, który spodobał mi się głównie kolorystycznie, bo niestety uważam, że lakier GR nie są dobre i przekonałam się o tym kilka razy. Główną ich wadą jest słaba trwałość i Prodigy Gel nie wyróżnia się wśród swoich braci niczym szczególnym dlatego odpuszczę sobie inne odcienie.



Opakowanie:  10,7ml klasyczna buteleczka, a w środku mamy dośc duży i lekko spłaszczony pędzelek

Konsystencja: lakier jest moim zdanie odrobinę zbyt lejący dlatego trzeba uważać przy malowaniu, ale ostatecznie nie jest to jakiś wielki problem. Schnie nie dłużej niż inne lakiery.

Kolor : 07 to tzw marynarski błękit ( navy blue) tak bym go określiła mimo, że na zdjęciu jest granatowy to tak naprawdę  jest o ton jaśniejszy. Ma bardzo mocny, ´´żelkowy´´ połysk.




Działanie: zalecam nałożyć dwie warstwy lakiery, bo jedna robi smugi i prześwity. Kiedy się z tym uporamy ( pomaga w tym fajny pędzelek i stosunkowo szybci czas schnięcia) nalezy nałożyć top coat i tu producent poleca ten sam z linii Prodigy, którego ja nie posiadam, więc sięgnęłam po ten Sally Hansen, bo prawdę powiedziawszy nie uważam, żeby te wszystkie drogeryjne żelowe top coaty różniły się między sobą. Manicure jest bardzo efektowy, pięknie błyszczy, przyciąga elekryzującym kolorem i wszystko było by super, gdyby nie beznadziejna trwałość.

Cieszyłam się tym kolorem niecałe 2 dni, bo po tym czasie zaczął mocno się ścierać i kruszyć i nadawał się do natychmiastowego zmycia.Nie wiem czy z tym top coatem byłaby jakaś różnica, ale czy do każdego lakieru muszę kupować osobny top coat?! Bez przesady. Z innymi żelowymi top coatami ( Wibo, IsaDora) lakier Prodigy zachowywał się tak samo, czyli podejrzewam, że poprostu ´´ten typ tak ma´´ i żadne cuda tu nie pomogą. Szkoda, bo gdyby nie to to wystawiłabym wysoką notę, a tak nijak nie mogę.


Ocena: 2+ / 5

Cena: 10,7ml / ok. 10zł

Dostępność: kupowałam TU


Jak Wam się podoba ten kolor? Miałyście lakiery z serii Prodigy Gel?

poniedziałek, 5 grudnia 2016

Zużycia miesiąca -listopad 2016



Kolejne denko i idzie mi coraz lepiej, choć niestety wciąż więcej przybywa niż ubywa, ale to u mnie normalne i raczej się nie zmieni:)

Oto co zużyłam w listopadzie:




1. Dr. Organic-organiczny dezodorant Aloe Vera


Przeczytacie o nim TU


Zdania o nim nie zmieniam. W porządku dla osób, które znają właściwości naturalnych deo i mało się pocą. Nie kupię ponownie, bo tak naprawdę niczym mnie nie zachwycił.




2. KTC- olej z migdałów

Tego naturalnego oleju używałam wyłącznie do kąpieli mojego młodszego synka, który jest bardzo rucliwy i nie lubi się smarować. Olej praktycznie nie pachnie i co najważniejsze perfekcyjnie nawilża i natłuszcza skórę, która dzięki temu jest bardziej elastyczna,a  ewentualne suche miejsca znikają. Świetna sprawa! Szkoda, że takie oleje w wielkich butlach za przystępną cenę są u mnie niedostępne :/


3. I Love...- Juicy Watermelon- żel pod prysznic o zapachu soczystego arbuza

Zachwycałam się żelem tej marki o zapachu pianek. Mniej podobała mni się wersja mango -marakuja i niestety arbuz to też nie jest to co lubię. Żel jest przezroczysto różowy i pachnie bardzo słabo czymś co rzeczywiście przypomina wodny zapach arbuza, ale nie trzyma się skóry ani nie czuć go po kąpieli, a na zapachu najbardziej mi zależało! Poza tym żel nie nawilża i trzeba po nim użyć balsamu szczególnie odczułam to kiedy kaloryfery zaczęły grzać. Zwykły żel, którego nie polecam, bo nawet nie pachnie zachęcająco.




4. Ziaja-Liście Zielonej Oliwki-oliwkowy dezodorant bez soli glinu

Przeczytacie om nim TU

Zdania nie zmieniłam. Nie jest to rewelacja, ale myślę, że kupiłabym go ponownie.


5. Oriflame- The One Eye Liner  Stylo- eyeliner w pisaku ( kolor czarny)


Biję się w pierś i odwołuję wszystkie ochy i achy jakie napisałam na temat tego linera. Nie mam pojęcia dlaczego tak się nim zachwycałam i jestem jeszcze bardziej zdumiona, że wcześniej nie zauważyłam jego paskudnej wady, a mianowicie rozmazywania się i spływania. Owszem testowałam go pod tym kątem, ale trzymał się bez zarzutu. Co w takim razie się stało, że pewnego letniego dnia na spacerze piękna kreska rozmazała się tak bardzo, że zafundowała mi oko pandy?! Oczy nie łzawiły, nie było wiatru, nie płakałam i nic z tych rzeczy. Nie wiem, naprawde nie wiem, ale kiedy spojrzałam w lusterko to od razu zrozumiałam dlaczego ludzie tak dziwnie mi się przyglądali;D

Fatalny liner. Nie bierzcie nawet za darmo!


6. Vichy-Purete Thermale- żel do mycia twarzy

To tylko 3ml próbka, która starczyła mi na 2 użycia. Żel jest bezbarwny i ma przyjemny zapach.Mocno się pieni i... poprostu myje. Ani nie nawilża ani nie wysusza. Ot zwykły żel i nie widzę sensu przepłacać, bo jego jakość jest porównywalna do tych drogeryjnych.


7. Dove-DermaSPA-Goodness3-balsam do ciała z olejkiem

Przeczytacie o nim TU

Nie, nie i jeszcze raz nie!


8. Nivea- Baby - aksamitne mleczko nawilżające

To już moje któreś z kolei opakowanie tego mleczka i niezmiennie będę go polecać nie tylko dla dzieci. Nawilża, wygładza i jest bardzo delikatne, a przy tym wielka butla bardzo się opłaca. Oczywiście nie jest to produkt dla atopowej, bardzo wysuszonej skóry,a  normalnej, lekko przesuszonej i o tym trzeba pamiętać.




Znacie coś z mojego denka?

 

poniedziałek, 28 listopada 2016

Lumene Arctic Glow- Lip Oil- olejek do ust nr 100 Shine






Olejek do ust? Szczerze mówiąc nigdy o czymś takim nie słyszałam. Gdzieś tam na szybko przeczytałam, że chyba takie cudo w ofercie ma bodajże marka Clarins i Lancome, ale nie przekonało mnie to do wypróbowania. Olejki owszem uwielbiam, ale miałam wrażenie, że te do ust będą takie same jak sławne kioskowe błyszczyki z kulką, które używało się we wczesnych latach podstawówki, a które były tłuste, rozlewały się, wysuszały i nie trzymały się dłużej niż kilka minut. Kiedy więc otrzymałam egzemplarz Arctic Glow Lip Oil w Livboxie miałam mieszane uczucia. Jaki jest ten olejek i czy to rzeczywiście olejek? Czytajcie dalej :)


Opakowanie: 8ml buteleczka wyposażona w wyprofilowaną gąbeczkę, dzięki której olejek nakłada się wygodnie

Zapach i Konsystencja: kosmetyk jest bezzsmakowy i bezzapachowy i nie jest stricte olejkiem. To bardzo lekki błyszczyk, który w żadnym razie się nie klei i nie spływa z ust. Jest na nich wyczuwalna delikatna jego warstwa

Kolor : do wyboru mamy bodajże tylko 2 kolory nr 100 Shine, czyli mój mocny róż, który tak naprawdę jest całkowicie bezbarwny oraz pomarańcz też nie barwiący ust. Moim zdaniem to trochę bez sensu robić produkt w wariantach kolorystycznych kiedy tak naprawdę olejek jest transparentny.







Działanie: jak wspomniałam według mnie to nie jest olejek, ale też nie typowy błyszczyk, bo jest lekki i komfortowy w noszeniu zarówno latem jak i zimą. Nie oblepia warg i można go używać zamiast balsamu co sama czynię. Owszem nie wysusza ust i chyba trochę je nawilża, ale nie może być traktowany jako remedium na spierzchnięte i bardzo suche usta.

Nadaje ustom lekko mokrego wyglądu aczkolwiek jest to raczej naturalne i nie wygląda jak w typowych błyszczykach. Nie ma tu efektu´´ tafli lustra´´ ani żadnych innych bajerów. To raczej zwykły bezbarwny błyszczyk i szczerze mówiąc nie widzę w nim nic ciekawego, a jego bezbarwność to dla mnie wada, bo mógłby choć minimalne dawać kolor. Trwałość jest słaba. Nie wytrzymuje starcia z jedzeniem czy piciem,a  i bez tego ściera się po ok 45min do godziny, a przy mówieniu jeszcze szybciej.

Wiem, że sama bym tego kosmetyku nie kupiła, bo nie lubię ( już) błyszczyków. Jestem też pewna, że drugiego egzemplarza nie chcę, ponieważ to bardzo przeciętny produkt nie wart tych 13€ ile kosztuje w Finlandii. Bezbarwny bardzo subtelnie połyskujący olejko- błyszczyk . Jesli czegoś takiego szukacie, bo nie lubicie koloryzować ust i wolicie make up no make up to jest to coś dla Was w przeciwnym razie można sobie darować zakup.

Ocena: 3 / 5

Cena: 8ml / ok. 13€

Dostępność : tu jest wszędzie w szafach z kolorówką Lumene


Znacie już Arctic Glow Lip Oil?

piątek, 25 listopada 2016

Trussardi - Donna 2011





Poznałam ten zapach w roku premiery. Rok wydania tej kompozycji, czyli 2011 był dla mnie jednym z najszczęśliwyszych wszak po raz pierwszy zostałam mamą. Dobrze więc pamiętam kiedy weszłam do perfumerii, zauważyłam ten biały flakon ze złotym korkiem, psiknęłam i... od razu chciałam kupić. Przypominam sobie, że dzień był chłodny, nadchodziła jesień, a ja pachniałam świeżym sokiem z owoców egzotycznych i pomarańczami. Ten zapach był tak kobiecy i zarazem energetyzujący, że nie mogłam przestać o nim myśleć, ale porzuciłam zamiar kupna, bo cena za najmniejszą pojemność w mojej perfumerii ( a tu występują tylko 30tki) była zbyt wysoka. Potem poprostu o nim zapomniałam by następnie dowiedzieć się, że jest on prawdopodobnie już wycofany i zrobiło mi się przykro, że jednak wtedy nie wrzuciłam go do koszyka postanowiłam jednak przypomnieć sobie jak pachnie Trussardi Donna i zaopatrzyłam się w kilka próbek i odlewek by przekonać się, że miłości między nami nie ma. To było krótkie zauroczene i dobrze się złożyło, że jednak flakon nie dołączył do mojej kolekcji


Kompozycja jest bardzo owocowa, ale te owoce kojarzą mi się dokładnie z sokiem multiwitaminowym w którym nie ma zbędnego cukru, a tylko naturalny z owoców. Są one dobrze zmiksowane, choć z daleka wyczuwam nuty świeżej, soczystej i co najważniejsze naturalnej pomarańczy i subtelną, nie duszącą brzoskwinię ( i tu mega zdziwienie, bo przecież tych składników nie ma w składzie, a jednak ja je wyraźnie czuję!) i tu też jest to całkowicie naturalny owoc, a nie żadne jego pudrowe odsłony. Do nich dołącza delikatna, słabo zaparzona herbata jaśminowa podana w małej, białej filiżance z porcelany. Inne składniki pewnie się pojawiają, ale osobiście ciężko mi je wyczuć i wspomniane trio to dla mnie podstawowe składniki Trussardi Donna.

Możnaby pomyśleć, że nie jest to nic specjalnego, bo co niezwykłego może być w pomarańczy z brzoskwinią i  herbatą jaśminową? Ano może, bo kompozycja jest świeża, jednocześnie też soczysta, kobieca. Czuję się w niej bardzo dobrze jednak tylko w ciepłe dni, bo na takie mi pasuje z racji  tego, że pod grubymi swetrami i szalami będzie miała problem się przebić.Nie zostawia też´´ ogona´´ i nad tym ubolewam, ale niestety najgorzej oceniam jej trwałość. Czy zapach przeszedł reformulację , bo pamiętam, że kiedy pierwszy raz użyłam go krótko po premierze trzymał się dobre kilka godzin i był doskonale wyczuwalny przez otoczenie, a tymczasem obecnie nie czuję go już po godzinie, a osiada blisko skóry też po niedługim czasie. To bardzo słaby wynik i główna przyczyna mojej niechęci do zakupu pomimo tego, że bardzo odpowiada mi on jako pachnidło na wiosnę i lato, ponieważ nie męczy słodkością, a z drugiej strony nie wkurza chemicznoścą cytrusów, a znienawidzone przeze mnie yuzu na całe szczęście się tu nie ujawnia.

Niebanalna owocowo-kwiatowo- herbaciana przyjemność z pewnością spodoba się wielu aczkolwiek nie polecam zakupu w ciemno, choć jednak ryzyko wpadki jest małe. Niemniej złapałam się na tym, że zapach mi spowszedniał i znudził  się. Nie mogę nosić go zbyt często i nawet nie chcę. Kończę odlewki i wiem, że nie będę się rozglądała za flakonem.

Nuty zapachowe:

nuty głowy: yuzu, cytryna, wodne owoce

nuty serca: kwiat pomarańczy, herbata jaśminowa, lotos

nuty bazy: paczula, cedr, drzewo sandałowe, wanilia


Ocena : 4 / 5

Cena:100ml / ok. 170zł

Dostępność : perfumerie online



A jakie jest Wasze zdanie o Trussardi Donna 2011?

poniedziałek, 21 listopada 2016

Delia - żelowy korektor do brwi z keratyną








Jeśli chodzi o makijaż brwi to preferuję kredki i właśnie maskary. Nie przekonują mnie pisaki i nie znoszę trendu, który nakazuje mieć brwi jakby wyglądały jak namalowane i są zbyt grube. Oczywiście cienkie ´´niteczki´´ to też nie dla mnie. Jestem tak ´´po środku´´ i uważam, że wiele dziewczyn robi sobie krzywdę takimi grubaśnymi brwiskami jak od markera, ale co kto lubi.

Jeśli chodzi o produkt Delii, czyli żelowy korektor to niestety otrzymałam wersję czarną co mi nie odpowiada, bo kłóci się z moim kolorem włosów. Wolę brązowy, bo jest bardziej naturalny.


Opakowanie: 7ml buteleczka z której jak czytałam ponoć schodzą napisy. Mnie się to jeszcze nie stało. Szczoteczka jest standardowa, dość duża i to mi przeszkadza, wolałabym mniejszą.




Konsystencja:  to właściwie nie jest żel ,a  jakby zabarwiona na czarno woda, która jednak nie spływa. Aplikacja nie sprawia problemu, ale jednak to nie jest żel.




Działanie: nakładam dosłownie troszeczkę tego kosmetyku, bo ma on intensywny czarny odcień i nie chcę przez to wyglądać karykaturalnie. Naprawdę nie radzę przesadzać. Jednak nie jest to moim zdaniem korektor, bo w żadnym razie nie wypełnia ubytków i nie sprawia, że brwi wyglądają jakby ich było więcej, nie są tez optycznie bardziej gęste. To wyłącznie koloryzant dodatkowo rozczesujący włoski i trzymający je w ryzach cały dzień. Więcej zalet nie posiada. Czy prawdą jest to co obiecuje producent, że korektor wzmacnia cebulki włosków i regeneruje? Używam go codziennie i nic takiego nie zauważyłam. Brwi wyglądaja tak samo.


Można go wypróbować jeśli macie ładne brwi i nie chcecie robić z nimi nic poza koloryzacją i uczesaniem.  Jest to jednak przeciętny produkt, który nie pojawi się u mnie ponownie.

Ocena : 3/ 5

Cena: 7ml / ok. 10zł

Dostępność : online i w wielu drogeriach stacjonarnych


Testowałyście ten korektor?

piątek, 18 listopada 2016

Rihanna - Rogue Love






Flankier klasycznego Rogue, czyli Rogue Love powstał w 2014r i o ile się nie mylę do Polski nie dotarł. U mnie z kolei jest dostępny w najmniejszej pojemności 30ml i wiele razy się na niego czaiłam, bo patrząc na skład wyobrażałam sobie, że to musi być fajny kokosowo-karmelowy słodziak, ktory otuli mnie w zimne dni. Trochę martwiły mnie głosy, że parametry słabiutkie,a i zapach to jeden z gorszych od Riri. Postanowiłam sama się o tym przekonać i dziś już wiem, że ta edycja Rogue do mojej kolekcji nie dołączy.

Najbardziej na świecie nienawidzę skin scentów i perfum, które sa słabo wyczuwalne i ich trwałość jest liczona w minutach. Choćby nie wiem jak piękny byłoby taki aromat u mnie już za to jest skreślony. Rogue Love ma właśnie tę jedną wielgachną wadę, że jest straszliwie bliskoskórny, wręcz intymny, cielesny i od początku słabo go czuć, a i wypsikanie sie od stóp do głów niewiele pomoże. Wiem, że są fanki takich zapachów trzymających sie blisko skóry i one pewnie będą z RL zadowolone. Ja do nich nie należę. Zresztą do klasyka ten zapach się nie umywa, bo choć Rogue nie za bardzo mi się podoba to nie odmówię mu oryginalności, a Love niestety, ale jest wyjątkowo przeciętny i banalny.


Mamy tu ultralekką brzoskwinię. Aksamitną, pudrową. Bez soku, bez słodkości. To jakby puder o zapachu tego owocu. Czuć nawet tę mechatą skórkę i nawet widzę opakowanie takiego pudru i wielki puchaty pędzel, którym kulistymi ruchami nakładam ów puder na twarz. Ten zapach jest jak woalka. Muska skórę, pieści i jego powinno się nazwać Nude. Dla mnie ma kolor pastelowo brzoskwiniowy lub beżowy.Z biegiem czasu nic się nie zmienia. Zapach w ogóle nie ewoluuje zresztą nie ma kiedy skoro na mojej skórze wytrzymał mniej niż pół godziny! Chyba nie muszę mówić jak bardzo irytujące jest kiedy parametry są tak beznadziejne i choćby mi ten flakon dawali za darmo to nie wezmę, bo nie lubię pachnieć czymś co tak naprawdę prawie nie pachnie. Rogue Love to taki perfumowy duch-pojwia się na krótką chwilę po czym rozpływa się w powietrzu.

Choćbym chciała to nic więcej na jego temat powiedzieć nie mogę, bo i kompozycja naprawdę nie jest zbyt udana i tak naprawdę wcale nie musiała powstać.

Nie namawiam za bardzo do testów, bo szkoda czasu na coś tak ulotnego i delikatnego.


Nuty zapachowe

nuty głowy : mandarynka, czerwone jagody, brzoskwinia

nuty serca : jaśmin, wiciokrzew, orchidea, kokos

nuty bazy: wanilia, ambra, nuty drzewne, karmel


Ocena: 2 - / 5

Cena: W Finlandii 30ml kosztuje ok. 45€, online cena za 125ml to ok. 120zł

Dostępność : perfumerie online i stacjonarne



Znacie Rogue Love?

środa, 16 listopada 2016

Listopadowy Livbox 2016



Chyba mnie wysłuchano kiedy narzekałam na poprzednia livboxową paczkę i listopadowa okazała się lepsza, a nawet jest próbka perfum! Fakt, że akurat tych, które dobrze znam i nie lubię, ale zawsze coś :)  Śmieszy mnie tylko, że w co drugiej paczce musi być obowiązkowo lakier do włosów. Jako, że nie znoszę tego kosmetyku i nie jest mi od do niczego potrzebny to pewnie wyląduje w koszu.

Oto co znajduje się w listopadowym Livboxie:








1. Schwarzkopf- GOT2B- Glued-lakier do włosów

2, Dermosil- błyszczyk do ust w odcieniu Carnival Pink 

3. Kenzo- Flower by Kenzo EDP

4. Korres- White Tea- fluid do mycia twarzy

5. Lumene-Valo-Bright Eyes-kuracja do oczu z witaminą C

6. Sosar-Sacred Forest Peat Mask-oczyszczająca bioaktywna maska do twarzy

7. Atkins- Fudge Caramel- baton ( pyszny moocno czekoladowo karmelowy!)


Znacie coś z tej paczki?

poniedziałek, 14 listopada 2016

O.P.I - Yodel Me On My Cell





Zaintrygował mnie kolor,a że ufam lakierom OPI to wzięłam go bez namysłu i warto było choć zastanawiam się czy ta trwałość lakierów tej marki nie jest zbyt przesadzona, bo to już któryś z kolei, który nie trzyma się długo aczkolwiek aż tak mnie to w tym wypadku nie martwi, bo kupuję je głównie ze względu na niecodzienne kolory.

Opakowanie : standardowe dla OPI 15ml ze standardowym pędzelkiem. Nie ma tu żadnych nowości.

Konsystencja: typowa dla lakierów tej firmy, czyli ani za gęsta ani za rzadka jednak akurat ten kolor po jednej warstwie robi prześwity i trzeba nałożyć drugą do pełnego koloru co w sumie uważam za normalne.

Kolor : Yodel Me On My Cell to błękit wzburzonego oceanu po burzy. Tak bym go określiła. Lekko metaliczny i wyjątkowo ciekawy.

Działanie: lakier jak wszystkie OPI nakłada się wygodnie, czas schnięcia też jest bez zarzutu tylko dlaczego trwałość ( u mnie) to tylko 2 dni??  Choćbym nie wiem co robiła to lakier po tym czasie już wyraźnie odpada płatami i nadaje się tylko do zmycia. Eksperymentowałam z top coatami, bazami i nic to nie dało. Jednak ma wrażenie, że ta trwałość zależy też od danego koloru, ale nigdy żaden lakier OPI nie wytrzymuje u mnie 5 dni, a szkoda.

Niemniej uważam YMOMC za bardzo ładny i oryginalny odcień, który z przyjemnością noszę nie tylko zimą.


Ocena : 4 + / 5

Cena: 15ml / zapaciłam 17zł

Dostępność : online, salony


Jak Wam się podoba ten kolor?

środa, 9 listopada 2016

Zużycia miesiąca - październik 2016



Sporo wydenkowałam w ostatnim miesiącu i bardzo mnie to cieszy szczególnie, że znalazało się też coś z kolorówki. Mam nadzieję, że następne miesiące będa również owocne :)





1. Mixa- Baby- łagodząca woda oczyszczająca bez spłukiwania

Kolejne opakowanie i w dalszym ciągu uważam, że to rewelacyjny produkt do oczyszczania buzi od noworodka do przedszkolaka, a także dla starszych dzieci i dorosłych. Bez ograniczeń.


2. Laboratorium Kosmetyczne Dr Irena Eris - Lirene -  dwufazowy delikatny płyn do demakijazu oczu

Bardzo dobry płyn, który rzeczywiście usuwa nawet mocny i wodoodporny makijaż nie podrażniając oczu, nie powodując łzawienia. Tak, jest tłustawy, bo to dwufazówka, ale przecież można tę warstwę zmyć micelem i po problemie. Polecam z pełnym przekonaniem!



3. Global Cosmed- Bobini- Mandarynkowe figle-szampon i płyn do kąpieli z olejek ze słodkich migdałów

Mój starszy synek przepada za produktami do mycia Bobini dlatego kolejnym był ten o zapachu mandarynek. Konsystencja jest kremowa o perłowym zabarwieniu i soczystym zapachu mandarynek. Używałam tego płynu tylko do mycia pod prysznicem i nie jako szampon, ale i tak spełnia swoją rolę bardzo  dobrze. Myje, nie wysusza i ładnie pachnie, a przy tym jest wydajny.



4. Rene Furterer - Okara - odżywka w sprayu wzmacniająca kolor włósów farbowanych

Miałam już wcześniej tę odżywkę i nie byłam z niej zadowolona. Jakiś czas temu otrzymałam ją znowu i postanowiłam zużyć jak najszybciej i kupić coś lepszego. Nie rozumiem zupełnie jej ceny, bo absolutnie nie wzmacnia ona koloru włosów farbowanych, nie dodaje połysku i generalnie nie robi nic. Nawet nie bardzo pomaga przy rozczesywaniu. Ma irytujący, mocny zapach, który czułam przez 2 dni, a który naprawdę mi nie odpowiadał, choć jest ciężki do zdefiniowania. Woda w sprayu. Szkoda marnować na ten produkt pieniędzy.


5. Korres -Basil & Lemon -  żel pod prysznic

Miniatura z Livboxu i napewno nie kupiłabym całego opakowania. Zapach według mnie to nic innego jak cytrynowe mleczko do czyszczenia łazienki. Bazylii nie czuć. Okropieństwo!  Sam żel dość dobrze się pieni , nie wysusza skóry, ale nie różni się niczym od takich, marketowych ´´braci´´. Zwykły żel o okropnym zapachu.


6. Bio Cosmetic Sweden - Online- Bubble Gum 2in1 shampoo & shower- szampon i żel pod prysznic o zapachu gumy balonowej

Kolejkny zapach po czekoladzie i mleczku kokosowym to guma balonowa. Pachnie dokładnie jak gumy-kulki i ten zapach zostaje na ciele jeszcze jakiś czas. Pozatym żel jest perłowy, nie wysusza i nie podrażnia. Zwykły żel o przyjemnym zapachu.


7. Cien- Forgotten Flowers-mydło do rąk o zapachu hiacynta i dzięglu

W fioletowym opakwoaniu znajduje się przezroczysto-fioletowy żel o bardzo przyjemnym, wiosennym aromacie hiacyntów. W zielonej mamy przezroczysto-zielony, który swoim aromatem przypomina mi bardziej piżmo, ale mogę się mylić, bo nie za bardzo wiem jak pachnie dzięgiel.

Mydła owszem dobrze myją, ale moje wrażliwe dłonie przesuszały do tego stopnia, że krem po każdym umyciu był niezbędny. Można wypróbować, ale to żadna rewelacja.

8.I love- Mango&Papaja- krem pod prysznic i do kąpieli o zapachu mango i papai

Poprzednim razem używałam żelu pod prysznic tej samej marki o zapachu pianek marshmallow i byłam nim zachwycona. Jednak ten o zapachu egzotycznych owoców mango i papaji ( czuć przede wszystkim mango) i pomarańczwym kolorze jest bardzo zwykły. Nie jest to żaden krem jak pisze producent, a średnio gęsty, pomarańczowy żel, który dobrze się pieni, myje i nie wysusza, ale nie poraża zapachem. Czuć go tylko w trakcie mycia i moim zdaniem nie ma w nim nic wyjątkowego. . Więcej na ten wariant zapachowy się nie skuszę.

9.Bielenda-Pharm-Trądzik- antybakteryjna emulsja oczyszczająca twarz, dekolt i plecy

Nie mam i nigdy nie miałam trądziku, a ta emulsja trafiła do mnie w ramach testów. Jest to szarobura maź, która się nie pieni i ślizga po skórze. Oczyszcza ją, ale nie dogłębnie i zastanawiam się czy naprawdę pomaga w przypadku skóry z problemami? Na plus zaznaczam brak wysuszenia, ale napewno już nie wrócę do tego produktu.


10. Lumene-Longwear Blur SPF 15-podkład prasowany

Opisywałam go TU

Według mnie to nie jest podkład, a puder i to też kiepski. Męczyłam się jego zużyciem i nigdy więcej go u siebie już nie chcę.
  

11. Maybelline-Big Eyes Mascara

 Opisywany TU

Moje drugie opakowanie i dalej twierdzę, że to bardzo dobra maskara, ale nie widzę jej już w sklepach. Czyżby została wycofana?

12. Astor - Seduction Codes-tusz wydłużająco-pogrubiający

Mam mieszane uczucia względem tuszów Astor. Każdy jest na początku bardzo wodnity i musiałam czekać z jego użyciem nieraz 2 tygodnie, a i tak wcale nie było lepiej. Z Seduction Codes jest inaczej. To bardzo, bardzo dobra maskara, która rzeczywiście sprawia, że rzęs jest optycznie więcej i są dłuższe. Szczoteczka ma klasyczne włosie, ale kształt ala stożek i bałam się jej, a niepotrzebnie. Jest bardzo wygodna!

Dwie warstwy i mamy efekt sztucznych rzęs bez rozmazywania i osypywania przez cały dzień. Tak mi się ten tusz spodobał, że kupiłam go bliskiej osobie w prezencie i była ona także zadowolona. Polecam jak najbardziej!


Opuścili mnie:

- 100ml Living Lalique - niestety zapach sam w sobie by mi się podobał, ale parametry są żałosne dlatego znalazł nowy dom:)



Znacie coś z mojego denka?

piątek, 4 listopada 2016

Kanebo Sensai - The Silk EDP





Ubiegłoroczna premiera i pierwszy zapach japońskiej marki  Kanebo Sensai. Ciekawy flakon ( przywodzący na myśl kokon jedwabnika) i kosmiczna, kompletnie dla mnie niezrozumiała cena, bo za tą kwotę, a pewnie i za mniej można nabyć coś cudnego z niszowych propozycji, a nie zapach, który praktycznie w ogóle nie pachnie i ma fatalne parametry. Mowa o The Silk inspirowanym jedwabiem jego lekkościa, zwiewnością i szlachetnością. Znam wersję eau de parfum, choć jest jeszcze w koncentracji wody toaletowej i aż boję się sprawdzić jak ona pachnie, bo jeśl EDP jest tak słabe pod każdym względem to lepiej się chyba nie zbliżę do EDT.








Mamy tutaj ultra łagodną ambrę i tylko ją. Nie ma tu absolutnie żadnej innej nuty. Ambra snuje się tak bliskoskóry, że aby dobrze poznać tę kompozycję trzeba wwąchać się dokładnie przykładając nos do skóry. Irytujące prawda? Swój krótki żywot kończy tak szybko, że nawet ja byłam zaskoczona, a wąchałam już w swoim perfumowym szale niejedno, ale zawsze jestem zła, kiedy zapach za niemałe pieniądze raz, że się w ogóle nie rozwija to ma tak marne parametry! Gdyby bylo tu coś poza ambrą może wtedy całość byłaby bardziej interesująca, a tymczasem to ambrowa woalka muskająca skórę i nic więcej. Mega delikatny, cielesny skin scent i wierzę, że komuś to się może podobać  , ale mnie kompletnie  nie  i uważam, że jak na debiut marka mogła się bardziej postarać, bo flakon, kampania reklamowa i cena chyba były tu priorytetem, a zapomniano, że perfumy maja przede wszystkim pachnieć.

Dla mnie The Silk to banał i nieudany zapach, który nie pachnie. Do bólu nieutralny. Dla mnie nie do zaakceptowania tak samo jak i jego cena.


Nuty zapachowe: 

nuty głowy: bergamotka, różowy pieprz, gruszka, liście fiołka

nuty serca: piwonia, konowalia orchidea, ambra

nuty bazy: bób tonka, piżmo



Ocena: 0 / 5

Cena: 50ml / ok. 300zł, w Finlandii odpowiednio : 50ml / 85€, 100ml/ 105€

Dostępność : perfumerie online i stacjonarne



A jak Wam podoba się The Silk?

środa, 2 listopada 2016

H&M- Hight and Mighty Mascara


H&M znamy oczywiście wszyscy. Mówiąc szczerze rzadko tam obecnie kupuję, bo zdażało mi się być niezadowoloną z jakości ubrań ( także ciążowych).Nawet po dziecięce już tam prawie nie zaglądam co nie znaczy, że te ubrania sa złe. Poprostu co kto lubi. Nigdy też nie byłam zainteresowana dostępnymi w tym butiku kosmetykami, a szczególnie kolorówką, aż do nia kiedy w moje ręce wpadła paleta cieni, peeling do ust, żel do brwi do brwi oraz tusz o wzniosłej nazwie High and Mighty Mascara. Z ręką na sercu powiem, że to wyjątkowo dobry produkt, który zdecydowanie warto kupić!





Opakowanie: 6ml czarnego tuszu zamknięte jest w złotym opakowaniu, które bardzo przypomina mi tusze YSL i to raczej dla mnie wada.

Konsystencja i Szczoteczka: tusz nie jest ani za gęsty ani zbyt wodnity, ma wręcz idealną konsystencję i jego nakładanie to prosta sprawa nawet kiedy nie mamy zbyt dużo czasu. Pomaga w tym bardzo wygodna szczoteczka z króciutkim, plastikowym włosiem.




Działanie: jest to tusz którym możemy budować efekt jaki chcemy uzyskać co nie znaczy, że po jednej warstwie niczego nie widać! Już dwie warstwy sprawiają, że spojrzenie staje się wyraziste, a rzęsy widocznie wydłużone i jest ich optycznie więcej. Dlatego jeśli macie krótkie rzęsy lub / i są one niezbyt gęste to ten tusz jest dla Was. Trzy warstwy tworzą efekt sztucznych rzęs. Piękny wachlarz, czarnych, rozdzielonych, długich ´´firanek´´,a jeśli natura obdarzyła Was rzęsami jak z bajki to ten tusz to dodatkowo podkreśli.

Co więcej nie rozmazuje się, nie kruszy ( oczywiście chodzi mi o normalne warunki, bo nie jest wodoodporny) i bardzo łatwo poddaje się demakijażowi.




Według mnie Hight and Mighty Mascara może konkurować z tuszami marek selektywnych. Jest poprostu świetny i dawno nie byłam tak zadowolona z maskary do rzęs, a jestem bardzo wymagająca, bo nie znoszę tuszy, które trzeba nakładać niezliczoną ilość razy, żeby cokolwiek było widać. Tu mamy rezultat od razu.

Szczerze polecam! Nie rozczarujecie się!


Ocena: 5 / 5

Cena: 6ml / 40zł

Dostępność : w H&M , ale nie we wszystkich, więc musicie szukać


Testowałyście już ten tusz?

poniedziałek, 31 października 2016

Anny- lakier do paznokci nr 044 Mystic Rouge






Bardzo szeroka paleta kolorów marki Anny, a wśród nich piękny, ciemny bordowy nr 044 Mystic Rouge i wiedziałam, że muszę go mieć. Okazało się jednak, że największą wadą lakieru jest jego kiepska trwałość, przez którą waham się czy dać szansę innym kolorom.


Opakowanie: 15ml buteleczka, w której aplikatorem jest dość krótki, nie spłaszony, wygodny pędzelek

Konsystencja: poprostu świetna! Ani za gęsta ani zbyt lejąca i malowanie trwa o wiele krócej niż w przypadku lakierów o tak ciemnej barwie.


Kolor : 044 Mystic Rouge to jak wspomniałam wyżej ciemny bordowy z połyskiem, ale bez jakichkolwiek świecidełek. Z daleka wygląda prawie na czarny. Uwielbiam takie odcienie i ten też wyjątkowo mi się podoba.


Działanie: tu jestem nieco zawiedziona, bo o ile samo malowanie naprawdę trwa u mnie krócej niż w przypadku innych ciemnych lakierów ( zalecam jednak 2 warstwy dla pełnego efektu, choć i tak nie ma tu smug czy prześwitów)  to nie do zaakceptowania jest dla mnie fakt, że tak piękny kolor chamsko odpryskuje już po jednym dniu! W tym czasie nie robiłam nic co by temu sprzyjało, a lakier zabezpieczyłam top coatem żelowym z Wibo ( może to jego wina?) i strasznie mi było przykro, że widziałam nieestetyczne odrapany lakier po tak krótkim czasie. Nic nie dało zakamuflowanie tego, bo za kilka godzin działo się to samo i musiałam sięgnąć w końcu po zmywacz. Za tę cene lakier powinien wytrzymać tydzień!

Na szczęście zmycie go nie przysparza żandych problemów, choć trzeba to zrobić dokładnie i nie spiesząc się, bo inaczej jeszcze kolejnego dnia będzie można zauważyć na paznokciach i skórkach, że nosiłyśmy ciemny lakier.


Mam mieszane uczucia względem lakieru Anny. Myślę,że wypróbuje jeszcze inny kolor dla porównania i z innym top coatem jeśli to cokolwiek mogłoby zmienić. Tak czy inaczej nie jest to lakierowy must have.

Ocena: 2 / 5

Cena: 15ml / zapłaciłam niecale 20zł

Dostępność : kupowałam TU



Dajcie znać co sądzicie o lakierach Anny!

piątek, 28 października 2016

Lanvin- Les Notes de Lanvin III - Ambre Orange








Lanvin jakis czas temu wypuściło linię Les Notes de Lanvin w skład której wchodzi m.in zapach Orange Ambre, a także cała linią kąpielowa o tej samej nucie zapachowej tj. szampon, odżywka, żel do mycia i akcesoria. Ciekawa propozycja prezentowa jeśli tylko jest pakowana w takie opakowania, bo jakoś nie uśmiechałoby mi się nabywanie każdego elementu osobno.

Lubię połączenie ambry z pomarańczą i spodziewałam się, że będzie to zapach ciepły, lekko egzotyczny z delikatną cytrusową nutą jednak nie za bardzo wyraźną. Liczyłam na to, że ambra będzie grała główną rolę. Tymczasem jest dokładnie odwrotnie. To zapach całkowicie orzeźwiający na wiosnę i lato i o ile w linii kąpielowej taki aromat się jak najbardziej sprawdza to już jako perfumy nie za bardzo oczywiście mówię tu o sobie, bo nie jestem miłośniczką cytrusowych zapachów.

Główna bohaterka to słodkawa pomarańcza bez kwasku doprawiona leciutką zieloną herbatą, która jest w typie popularnych zielonych herbat znanych z wielu zapachów, a szczególnie klasyka E. Arden Green Tea. Ambry jest bardzo, bardzo mało. Praktycznie wcale i to dla mnie ogromna wada, bo dzięki niej zapach zyskałby głębię,, byłby ciekawszy i może nawet bardziej trwały, zmienny, a tak mamy świeżaka, który pachnie jak pomarańczowy żel pod prysznic i o ile to w specyfikach do mycia jest napewno ciekawe to już w perfumach mnie nudzi. Owszem można tak pachnieć od czasu do czasu szczególnie w wielkie upały o ile zaakceptujemy niewielka trwałość tej kompozycji, bo po niecałej godzinie nie ma po niej śladu.


To nie jest nic szczególnego. Ot, bezpieczny, miły zapach dla kogoś kto lubi świeże, aromatyczne zapachy. Jestem rozczarowana, bo nie tego chciałam.


Nuty zapachowe: zielona herbata, lotos, ambra, pomarańcza, cytryna


Ocena: 3 / 5

 Cena: 100ml / ?

Dostępność : ?




Znacie ten zapach lub linię kąpielową?

środa, 26 października 2016

Clinique- Lid Pop- cienie do powiek nr 11 Surf Pop




Marka Clinique nie nalezy do moich ulubionych zarówno jesli chodzi i kolorowkę jak i pielęgnację. Co prawda miałam kilka ich kosmetyków, ale ani jeden ( jak narazie) nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia. Te cienie również nie i myślę, że 70zł to zbyt wygórowana cena, bo za dużo mniej znajdziemy cienie lepsze jakościowo, a kolor to nie wszystko.







Opakowanie: jakie jest każdy widzi. Okrągłe pudełko o poj. 2g bez pacynki, lusterka. Wygląda trochę tanio, ale mnie to akurat nie przeszkadza.

Konsystencja: cień jest mocno sprasowany, ale nakładanie go nie przysparza problemów., choć lepiej robić to po zwilżeniu pędzelka wtedy kolor jest bardziej intensywny. Nie osypuje się, choć ma w sobie drobinki, które widać w świetle. Nie są jednak duże.


od lewej cień nałożony na mokro i na sucho





Kolor : nr 11 Surf Pop to bardzo ładny odcień błękitu. Jest morski, głęboki i naprawdę ładnie wygląda. Jak już wspomniałam ma w sobie migoczące drobiny.





Działanie: cienie te można nakładać solo lub mieszać z innymi, ale tylko jeśli macie pod ręką bazę, bo bez niej nie macie po co po ten cień sięgać. Chodzi o to, że bez odpowiedniego zabezpieczenia bazą trwałość tych cieni jest bardzo słaba. U mnie po niecałych 2 godzinach kolor wyraźnie zblakł,a potem zaczął się ścierać, choć nie było to jeszcze aż takie zauważalne. W upały bynajmniej nie jest lepiej dlatego konieczna jest tu baza, a z nią trwałość jest w porządku, choć szczerze mówiąc też jakoś nie powala i cienie nie przetrwały do wieczora, bo musiałam je lekko poprawiać. To ogromny minus, bo tak nie zachowują się cienie nawet z dolnej półki,  a tu proszę - Clinique! Rozcieranie ich i blendowanie to druga sprawa, ponieważ cienie trzeba dokładać. Lubią się zmazywać, znikać i to psuje niekiedy całą zabawę.  Generalnie nie są to cienie pierwszej potrzeby i mówiąc szczerze w perfumeriach w ogóle nie zwracałam na nie uwagi, bo wolę palety, są dla mnie wygodniejsze.

Przeciętny produkt w zbyt wysokiej cenie. Można sprawdzić aczkolwiek nie trzeba.


Ocena : 3 -  / 5

Cena: 2 g / ok. 70zł

Dostępność: online i w stacjonarnych perfumeriach


A co Wy myślicie o cieniach Lid Pop?

poniedziałek, 24 października 2016

Golden Rose - Longstay Liquid Matte Lipstick Kissproof- matowa pomadka w płynie nr 05





Napewno widziałyście, a może nawet macię tę szminkę, bo jest ona obecnie bardzo popularna na blogach. Ja dowiedziałam się o niej późno i to jeszcze przypadkiem buszując w internetowej perfumerii, a że kocham matowe pomadki to nie wahałam się ani chwili zwłaszcza, że niska cena bardzo zachęca. Wybrałam dwa kolory nr 03 i dziś pokazywany 05. Jedyne czego się tak naprawde obawiałam to to, że kosmetyk będzie klejący, bo tego szczerze nienawidzę i gdyby rzeczywiście taki był to skończyłby w koszu. Tak naprawdę to dobra szminka, choć moim zdaniem rewelacyjna nie jest, ale cieszę się, że ją mam. Nie wiem tylko, czy kupię pozostałe kolory.


Opakowanie : 5,5ml buteleczka, aplikator to d wygodna spaszczona gąbeczka, choć szczerze mówiąc przy tym kolorze nie nakłada się tej szminki zbyt łatwo.

Zapach i Konsystencja: według mojego nosa kosmetyk pachnie jakby lekko jagodowo, nie czuć tego aromatu na ustach,a tylko w czasie malowania. Konsystencja jest jak szminki w płynie,ale absolutnie się nie klei! Na ustach praktycznie od razu robi się taka ´´sucha´´ i matowa, w dotyku też właśnie taka jest.

Kolor : na fotce nr 05 nie wydaje się taki ciemny, ale na żywo naprawde jest mocny i jeśli nie lubicie aż tak intensywnie podkreślonych ust to koniecznie przetestujcie ten kolor przed zakupem. Ja go bardzo lubię i wyjątkowo mi pasuje.










Działanie: to całkowicie matowa pomadka, której w żadnym razie nie polecam nakładać w biegu bez lusterka i na suche usta, bo rezultat będzie opłakany. Mówic szczerze to nie aplikuje mi się jej wygodnie i bardzo łatwo sobie nią zrobić krzywdę, ale w dużej mierze to zasługa tego koloru. Konturowka bardzo pomoże i muszę się za taką rozejrzeć.

Pomadka sama w sobie nie wysusza ust, ale też ich nie nawilża, więc jeśli macie je bardzo suche i problematyczne to wcześniej polecam zrobić peeling i nałożyć nawilżający balsam, bo pomadka niestety podkreśli wszystkie niedoskonałości i odstające skórki. Fakt komfortowo się ją nosi, ale moim zdaniem ona nie wytrzyma wszystkiego i nie jest aż tak długotwała.

Trudno ją zmyć niewodoodpornym specyfikiem do demakijażu, lepiej to zrobić dwufazówką, ale co straszliwie mnie zdziwiło po zjedzeniu posiłku ( nie było to nic brudzącego, tłustego itp.) pomadka okropnie starła się w środkowej części ust tworząc na nich tzw. efekt konturówki i poprawka była niezbędna ( dlatego nie polecam jej na randki, bo efekt może być straszny). Zastanawiam się czy tylko u mnie tak było, czy ktoś jeszcze się z tym spotkał, bo nigdzie indziej o tym nie przeczytałam. Może to wada mojego egzemplarza? Picie owszem wytrzyma, ale nie pocałunek i wcale nie mam tu na myśli tego namiętnego, bo po zwykłym buziaku mój mąż był lekko umazany moją pomadką co nie jest zbyt komfortowe i estetyczne. Na szklankach też dopatrzyłam się jej śladów aczkolwiek dużo mniejszych i mniej wyraźnych niż robią to inne szminki. Dlatego moja opinia jest jednoznaczna: to nie jest trwała pomadka typu longlasting! Tak, bez jedzenia, picia, całowania trzyma się dobrych kilka godzin, ale ideałem napewno nie jest. Poza tym naprawdę wkurza mnie jej aplikacja w przypadku tego koloru.

Ciekawy produkt za niską cenę w modnych kolorach i naprawdę warto je sprawdzić jeśli tylko lubicie matowe wykończenie i nie boicie się odważnych barw. Jednak żaden´´ must have´´.


Ocena : 4 - / 5

Cena: 5,5ml / zapłaciłam 18,40zł

Dostępność : kupowałam TU


Używacie tej pomadki? 

piątek, 21 października 2016

Katy Perry - Mad Love




Po ( według mnie) kompletnie nieudanym Mad Potion, który pachnie jak żywcem ściągnięty z Wanilii Yves Rocher myślałam, że panna Perry przystopuje, pomyśli  i albo przestanie wypuszczać swoje perfumowe stwory albo na rynku ukaże się zapach z jej nazwiskiem, który możnaby uznać za dobry i nie będzie on przeznaczony dla małych dziewczynek. Naiwna jestem jeśli tak sądziłam, bo oto mamy nastepnego różowego potworka w postaci Mad Love. Czy ta nazwa odnosi się do jej romansu z Orlando Bloom? Tego nie wiem, ale mogę przypuszczać, że tak, choć reklama i plakaty promocyjne straszą mnie miną Katy jak z kiepskiej komedii romantycznej z głupawą fabułą.

Mad Love też pachnie różowo i choć skład w sumie całkiem mnie zainteresował, bo myślałam, że dostanę słodkawego, pysznego kokosa ( zawsze mnie z tym kokosem nabieraja, no!) to jest to aromat truskawkowo-malinowych landrynek i tylko ich. Nie ma tu  nic poza tym. Wiecie jak takie cuksy pachną? Są mocno owocowe,  kwaśnawe  i lekko barwią język. Można je dostać i na wagę w lokalnych marketach i w przezroczytych paczkach z logo nieznanej firmy. Nie są aż tak bardzo zacukrzone, choć nie da się zjeść więcej niż kilka na raz. To ten zapach!  Mad Love nie przypomina może zapachów Escady, bo jednak tu nie ma zamulającej słodyczy od której boli głowa, ale jednak jest to zapach słodki i jeśli nie lubicie pachnieć jak owocowe landryny to lepiej omijajcie go szerokim łukiem. Nadmiernej chemii jednak tu nie ma i całe szczeście, bo byłoby już niebezpiecznie.

Mocna nuta truskawek i malin nie zmienia się ani odrobinę i od początku do końca jest taka sama, nie dochodzi do niej żadej inny składnik, a szkoda, bo może wtedy nie byłoby tak monotonnie. Jednocześnie mam nieodparte wrażnie, że to perfumy stworzone dla 10latek lub ewentualnie nastolatek lubiących różowe fatałaszki i żarówiasty manicure w tym samym odcieniu. Nie jest poważny, a infantylny i nie wyobrażam go sobie użyć nigdzie indziej niż na spotkanie z przyjaciółkami lub na wycieczkę do lunaparku ewentualnie do szkoły jeśli chodzimy jeszcze do podstawówki albo gimnazjum. W zasadzie nie spodziewałam się żadnej rewelacji i też jej nie otrzymałam, bo to bardzo prosty zapach, bezpieczny i powiem wprost, że dziecinny. Do sprezentowania młodszej córce ( gdybym ją miała),ale nie do noszenia na sobie samej, bo to nie dla mnie.





Flakon bije w oczy bazarowym wyglądem i na żywo jest naprawdę nieładny. Natomiast parametry mnie zaskoczyły, bo o ile poprzednia wersja trzymała się gorzej niż mgiełka zapachowa o tyle Mad Love czuć doskonale i  dość długo ( u mnie ok. 4 godz) i to niewątpliwa zaleta.

Nie jest to może nieudana propozycja zapachowa, bo nie powiem, żeby zapach był brzydki czy mnie odrzucił, ale ja szukam czegoś bardziej ambitnego choć słodziakami nie pogardzę i ktoś się pewnie zaśmieje, że podoba mi się coś takiego jak Fantasy, a już Mad Love nie. Może i tak, ale Mad Love naprawdę niczym się nie wyróżnia i utonie w morzu zapomnienia tudzież rozpuści się jak różowe cukierki zapomniane w nagrzanym aucie i nikt nawet tego nie zauważy.

Zachęcam jednak do testów, bo na ciepłe dni dla tych z Was, które lubią pachnieć poprostu słodko owocowo może to być strzał w 10.


Nuty zapachowe:

nuty głowy: sorbet jabłkowy, truskawka,  różowy grapefruit

nuty serca : Lamprocapnos spectabilis, czyli kwiat zwany serduszka okazałe, piwonia, jaśmin

nuty bazy: piżmo, drzewo sandałowe, kokos


Ocena : 3 - / 5

Cena: 100ml / ok. 110zł, w Finlandii jest dostępne jedynie 30ml za 30€

Dostępność : perfumerie online i stacjonarne



Testowałyście już Mad Love?

poniedziałek, 17 października 2016

Dove - DermaSPA- Goodness3- balsam do ciała nawilżający, wyrównujący koloryt skóry







Nie pamiętam kiedy ostatni raz sama kupiłam coś marki Dove. Nie przepadam za jej kosmetykami i wbrew temu co krzyczą w reklamach mojej skóry te produkty nie nawilżają. Miałam kiedyś balsam do ciała tej firmy w bordowym opakowaniu, dawno wycofany i jedynie on spełniał moje wymagania kiedy potrzebowałam czegoś mocno nawilżajacego i odżywczego na 30st mrozy. Od tego czasu nie sięgam już po Dove ani w kategorii produktów do włosów ani ciała. Oczywiście te produkty przychodzą do mnie z innych źródeł i zawsze wtedy kręcę nosem, bo naprawdę nie chce mi się ich używać, ale ciekawość wygrywa i właśnie dlatego zdecydowałam się wypróbować balsam z linii Goodness3, który dostałam w jednym z Livboxów. No cóż, tak jak podejrzewałam to nie jest dobry kosmetyk, a przynajmniej nie dla mnie.


Opakowanie: miękka 200ml tuba z której ´´pod światło´´ da się sprawdzić ubytek produktu

Zapach i Konsystencja: podczas wyciskania preparatu wydaje się on średnio gęsty, ale tak naprawdę jest lekki, mnie przypomina lotion, a nie balsam. Pachnie słodkawo - owocowo i ten aromat jest wyczuwalny, może drażnić, przechodzi też na ubrania, piżamę. Mnie nie za bardzo odpowiada, czuję w nim coś sztucznego.



Działanie: nie bardzo rozumiem o co chodzi z tym wyrównaniem kolorytu skóry, ale kompletnie nic takiego nie zauważyłam. Co więcej nie jest to kosmetyk do skóry suchej jak poleca producent, a do normalnej z racji tego, że naprawdę słabo nawilża, a bardziej wygładza dzięki zawartym silikonom, które niestety są na wysokiej pozycji w składzie.

Balsam / lotion jak wspomniałam jest lekki i dzięki temu nadaje się przede wszystkim na dzień, a że szybko się wchłania to możemy praktycznie od razu się ubrać. Niestety na skórze pozostawia warstwę podobną do tej, którą czuję nakładając silikonową bazę pod makijaż ( nie cierpię tego uczucia!). Jeśli ktoś to lubi to ok, ale według mnie balsam nie powinien tego robić. Dzięki dawce silikonów skóra owszem jest nienaturalnie wygładzona tylko, że kosztem nawilżenia, ponieważ jest ono jedynie powierzchowne i krótkotrwałe. Mam skórę normalną, którą mogę smarować co drugi, a nawet trzeci dzień i nie dzieje mi się nic złego, aczkolwiek ten kosmetyk nie spełnia moich wymagań. Nie jest też dobry na zimne pory roku, gdy grzeją kaloryfery, bo nie przynosi ulgi suchej skórze. Myślę, że bardziej nada się do użytku latem tylko, że działanie jest tak przeciętne, że szkoda wydawać te 17zł na coś takiego skoro za dużo mniej można mieć produkt, który mocno odżywi i nawilży potrzebującą skórę, a nie będzie silkonowym ´´nie wiadomo czym´´.

Dodatkowo balsam jest niewydajny, bo używam go dopiero od dwóch tygodni, nawet nie codziennie, a już jest go mniej niż połowa w opakowaniu. W sumie to dobrze, bo nie będę się musiała z nim męczyć. Niemniej według mnie to nie jest balsam nawilżający, a lotion wygładzający dla którego nie widzę przeznaczenia. Nie zachęcam do zakup, nie warto.

Ocena : 1 / 5

Cena: 200ml / ok. 17zł

Dostępność : m.in w Rossmanie


Jak u Was spisuje się ten balsam?

piątek, 14 października 2016

Avon- Femme Icon








Zeszłoroczna premiera Avonu, czyli Femme Icon. Koszmar zamknięty w dość ładnym flakonie przypominającym diament. To zapach tak nieudany, tak zły, że absolutnie nikomu go nie polecę. Gdyby postarano się tu o lepszej jakości składniki to całość może dałoby się znieść, a tymczasem wyszło z tego chemiczne straszydło.

Początek jak i środek i baza są mocno owocowe. Rządzą tu maliny i truskawki, ale nie prawdziwe. To aromat malinowej i truskawkowej oranżady w proszku, wiecie tej którą wszyscy wyjadali z paczuszki palcem zamiast mieszać zawartość z wodą :D Następnie dochodzi paczula w wersji instant. Czemu instant? To nie jest prawdziwa paczula, a jej nienaturalny twór, który możnaby zalać wodą i zrobić z niej ´´gorący kubek´´, ta paczula aż bije sztucznością. Jakieś inne nuty? Nie ma. Femme Icon w ogóle nie ewoluuje tylko poraża oranżadowo truskawkowo malinową słodyczą z plastikową paczulą i ta słodycz jest wyjątkowo odpychająca i ciężka do wytrzymania szczególnie w cieplejsze dni choć i zimna porą chciałam jak najprędzej pozbyć się tego zapachu ze skóry, bo myślałam, że oszaleję.

Kompozycja pachnie poprostu´´ tanio´´ i tandetnie i naprawdę nie wiem dla kogo została stworzona i po co skoro wyraźnie czuć, że coś tu poszło nie tak albo perfumiarz nie wiedział co robi. Jeśli zastanawiacie się czy kupić flakon prosto z katalogu to zdecydowanie odradzam bez testów, bo można się ciężko zdzwić. To nie jest nic miłego. Wstrętna owocowa paczula z konserwantami, polepszaczami i innym świństwem.


Nuty zapachowe:

nuty głowy : maliny, truskawki

nuty serca: irys, róża

nuty bazy: paczula, piżmo



Ocena : 0 / 5

Cena: 50ml / w zależności od promocji w katalogu ok. 70zł

Dostępność : katalog, aukcje



A jak Wam, podoba się Femme Icon?

środa, 12 października 2016

Soraya - SPF 25 ochronny krem do twarzy









Lato za nami. Tutaj nie było zbyt gorące. W zasadzie chyba tylko 2-3 tygodnie były naprawdę słoneczne, a upałów nie było w ogóle. Jak co roku wybierałam dla siebie dobrą ochronę filtrową  i do ciała używałam 50tki Piz Buin, a do twarzy kremu Soraya SPF 25. Obawiałam się go, bo nie mam dobrego doświadczenia z filtrami do twarzy. Przodują bielące tłuściochy, które pozostawiają twarz jak po nasmarowaniu kostką smalcu. Naprawdę ciężko jest znależć dobry krem z porządnym filtrem, który by matował, a jednocześnie nie wysuszał. Rok temu wychwalałam matujący Vichy SPF 50, ale po dłuższym używaniu okazało się, że mnie zapycha, więc go odstawiłam i szukam ulubieńca. Krem Sorai zaskoczył mnie pozytywnie.


Opakowanie : 50ml nieprzezroczysta tubka, mała, poręczna, zmieści się w każdej torbie

Zapach i Konsystencja: średnio gęsta, lekko perfumowana




Działanie : na początku się przeraziłam, bo zaraz po nasmarowaniu poczułam na skórze tłustawy film, a tego nienawidzę. Jednak ku mojemu zaskoczeniu wchłania się on tak, że po tłustości nie ma śladu i można bez obaw nakładać podkład. Oczywiście cera nie jest absolutnie matowa, ale nie mogę nazwać tego tłustością. To taki efekt jaki dają lekkie, nawilżające kremy na dzień. Wielką ulgę poczułam, gdy okazało się, że krem w żadnym stopniu nie bieli, a to zmora wielu filtrowców. Skóra jest po nim gładka i odpowiednio nawilżona i w ciągu dnia nie przetłuszcza się praktycznie wcale. Oczywiście mówię tu o sobie, bo nie wiem jakby to było w przypadku cer tłustych , ale u normalnych z lekką tendencją do błysku jest jak najbardziej w porządku.

Nie wypowiem się jak ten produkt spisuje się w upały, bo nie miałam okazji go wtedy wypróbować. Słońce w tym roku nie dopisało, nie było gorąco, więc nie wiem. Wierzę jednak producentowi na słowo, że ten krem ma działanie chroniące. Używam go od lipca i nie zaobserwowałam, by zapychał pory, nie ma też w składzie parafiny ani jej pochodnych co też mnie zaskoczyło, bo jednak producenci nawet najdroższych kosmetyków bardzo lubią dodawać to świństwo i wciskać, że od tego cera promienieje blaskiem i ogólnie ma się lepiej.

Ogólnie to bardzo dobry filtr przede wszystkim dla cer normalnych, mieszanych i suchych. Świetny jako baza pod makijaż. Koniecznie wypróbujcie!

Ocena: 5 -  / 5

Cena: 50ml/ ok. 15zł

Dostępność : m.in Rossmann



Znacie ten krem?

poniedziałek, 10 października 2016

Październikowy Livbox 2016



Nie tak dawno narzekałam na zawartość jednego z Livboxów. Niestety październikowy okazał się o wiele gorszy. Nie wiem czy nie można było się bardziej postarać i dodać choćby jeden pełnowymiarowy produkt, a nie same miniatury i próbki?! Żenujące! Nic, kompletnie nic mi z tej paczki nie odpowiada tym bardziej,że maseczkę Loreal mam w pełnowymiarowym słoiczku, więc po co mi ta próbka? Oby kolejny Livbox okazał się lepszy od tego.


Zobaczcie co znalazło się w tej paczce :




1. Palmolive - Smooth Delight -mleczko pod prysznic 50ml 

2. Vichy- Purete Thermale- odświeżający żel oczyszczający do twarzy 3ml

3. Morroccanoil-olejek do włosów  10ml

4. Lumene- Lähde-3w1 płyn micelarny do twarzy 50ml

5. Tresemme - Heat Defence- spray termoochronny do włosów 60ml

6. Loreal- Pure Clau Purity Mask - glinkowa maska oczyszczająca z eukaliptusem  7ml 

7. Ibero- pędzelek do blendowania cieni




Znacie coś z tej paczki?


piątek, 7 października 2016

Stella McCartney - POP









Przyznam, że nie znam zapachów Stelli. Nie interesują mnie, nie ślędzę ich, bo składowo to nie jest to co lubię. Jednak kiedy zobaczyłam flakon POP w mojej lokalnej perfumerii pomyślałam, że nic nie stoi na przeszkodzie, żeby sprawdzić co kryje się w środku. Wstydzę się sama przed sobą, że nawet chciałam szybko lecieć do kasy i zakupić 30tkę po nieprzyzwoicie wysokiej cenie ( tak tu to norma,że w perfumeriach są wyłącznie flakony 30ml po cenach jak za 50 lub nawet 100 ml! ), ale coś mnie tknęło i zrezygnowałam. Ten flakon z różowym sprayem ( korka się nie zdejmuje) nie dawał mi jednak spokoju i raz jeszcze chciałam go kliknąć w największej tym razem pojemności i prawie to zrobiłam, ale w zamówieniu coś poszło nie tak i flakonik sam usunął się z koszyka i myślę, że to był znak, żeby jeszcze raz zastanowić się czy napewno chcę dołączyć POP do swojej kolekcji. Teraz już wiem, że nie i wstyd mi, że zawładnął mną jakiś szał, czy to było chwilowe zaćmienie umysłu, ale cieszę się, że jednak nie zdecydowałam na zakup, bo bym żałowała.

W internecie pełno zachwytów i ja też na początku byłam oczarowana, a obecnie zastanawiam się co mi się niby tu tak spodobało, bo zapach raz, że się prawie wcale nie rozwija to jest bardzo bezpieczny i poprostu typowy, zero w nim oryginalności.






Według składu przywitać ma nas mandarynka z liśćmi fiołka i pomidora. Tymczasem ja wyczuwam bardzo mocną nutę soczystej nektarynki i ten zapach jest nie do pomylenia z niczym innym. Jest intensywnie owocowy i nie brzmi chemicznie. Tuberoza owszem jest tutaj w parze z plumerią, ale oba te kwiaty są nieśmiałe, chowają się , rumienią i nie chcą za bardzo wychylać zostawiając pole do popisu nektarynce ( w dalszym ciągu nie ma tu śladu po nutach głowy, które opisuje producent). Pod koniec zapach robi się dziwnie mydlany za sprawą piżma i to najmniej mi się podoba. To wszystko, absolutnie wszystko. POP przechodzi z nut głowy do bazy zaskakująco szybko, choć od początku do końca czuję tu tę nektarynkę co mocno mnie dziwi, ale i nudzi, bo ileż można?  W konsekwencji zapach mało co się zmienia, jest zbyt prosty i napewno nie urazi nikogo. Nie ma w nim żadnej jadalnej słodyczy, a świeżość, młodzieńczość, lato w krótkich sukienkach , sandałach i ciepły deszcz.

Kampania reklamowa z córką Madonny, Lourdes idealnie tu pasuje, bo tę kompozycję widzę przede wszystkim na nastolatkach, choć oczywiście perfumy targetu wiekowego nie mają i wiele osób powinno to sobie przyswoić. POP jest taki beztroski jak rozbrykana nastolatka, która tu pokazuje język, farbuje włosy na różowo, aby za chwilę płakać z powodu nieszczęśliwej miłości. Jakkolwiek jest to zapach sympatyczny i z pewnością mogłabym go nosić latem lub wiosną, ale nie więcej niż kilka razy i nie na ważne okazje, a jedynie na codzień. Nie rozumiem jednak tak wysokiej ceny i ogólnych ochów i achów, bo w tym zapachu tak naprawdę nie ma nic totalnie urzekającego by biec na ślepo i wrzucać do koszyka. Parametry rówież mogłby by być lepsze, ja nie czuję już nic po ok. 2,5godz.


Przetestujcie jednak jeśli lubujecie się w lekkich, owocowych zapachach i pamiętajcie, żeby nie testować na szybko jak ja:)

Nuty zapachowe:

nuty głowy: liście pomidora, liście fiołka, zielona mandarynka

nuty serca: fiołek, tuberoza, plumeria

nuty bazy: drzewo sandałowe, cedr, piżmo


Ocena: 3 + / 5

Cena: 100ml / ok. 80€, w Finlandii 30ml kosztuje 60€, 50ml 75€ , setki tu nie ma

Dostępność : wydaje mi się, że w Polsce te perfumy nie są dostępne. Tu można je dostać w Sokos Emotion


A jak Wam podoba się POP?

środa, 5 października 2016

Zużycia miesiąca- wrzesień 2016



Nie lubię jesieni, a pojawiła się ona tu już kilka tygodni temu i dni są coraz zimniejsze i krótsze. Rankiem jest jeszcze ciemno, a późnym popołudniem już robi się szaro, więc to dodatkowo działa niekorzystnie na samopoczucie. Zauważam też, że o tej porze roku kupuje najwięcej kosmetyków i zapachów, a przynajmniej więcej niż latem i wiosną. Nie wiem z czego to może wynikać. Póki co oto co zużyłam we wrześniu ( od lewej) :





1. Schwarzkopf- Bonacure - Moisture Kick-szampon nawilżający do włosów


Na pierwszy ogień idzie szampon nawilżający ze znanej mi serii Bonacure. Co prawda to tylko 12ml próbka, ale chyba nie kupię pełnowymiarowego opakowania, bo teraz w głowie plącze mi się Kerastase Discipline i myślę, że to będzie strzał w 10. Co mogę powiedzieć o Moisture Kick to to, że szampon jest biały, średnio gęsty i ładnie świeżo pachnie. 12 ml wystarczyło mi na jedno użycie na włosy długie do połowy pleców. Szkoda, że nie na więcej, ale z szamponami mam tak, że po jednym użyciu wiem czy to bubel czy nie. Ten bublem napewno nie jest aczkolwiek nie widzę w nim nic specjalnego. Owszem w trakcie mycia czuć, że szampon nawilża, bo włosy nie są poplątane i szorstkie jednak jeśli ktoś uważa, że odżywkę może sobie darować to nie jest to prawda, a szczególnie nie w przypadku włosów mojej długości, które mają wkurzającą tendencję do plątania się. Plusem jest to, że włosy są lekkie, sypkie i w ogóle nie obciążone. Ot dla mnie normalny szampon tyle tylko, że rzeczywiście nawilża. Myślę, że można go wypróbować.


2. Eveline Cosmetics- SPA! Professional- Argan & Vanilla-  luksusowe masło do ciała

To bodajże moje trzecie opakowanie tego masła i to bynajmniej nie dlatego, że tak bardzo je lubię. Poprostu wszystkie opakowania dostałam do przetestowania, a to gdzieś mi się zapodziałoi niedanwo je znalazłam, a że miało jeszcze dobrą date ważności to czym prędzej je zużyłam. Nie przepadam, ale też nie uważam, żeby to była jakaś kosmetyczna tragedia.

Więcej o tym produkcie poczytacie TU


3. I love - Pink Marshmallow -żel pod prysznic o zapachu pianek marshmallow 

Jeśli tak jak ja uwielbiacie pianki, te miękkie, cukrowe pyszności to ten żel napewno Wam się spodoba. Opakowania sa dwa, ja akurat miałam 500ml, które było bardzo wydajne. Sam żel ma kremową konsystencję i jest w kolorze różowym. Wygląda to wyjątkowo estetycznie,a  jeśli dodać do tego upajający zapach pianek, który w ogóle nie razi chemią i jest bardzo realistyczny to mam żel idealny. Nie wysusza ( choć też nie nawilża), dobrze się pieni i zostawia subtelny zapach na skórze. Bardzo go polubiłam i zaopatrzyłam się w inne warianty zapachowe.


4. Cien- Forgotten Flowers- Osmanthus-mydło w do rąk w płynie o zapachu osmantusa

Te kwiatowe mydła do rąk ( są bodajże 4 warianty zapachowe) znalazłam w Lidlu za 1€ i postanowiłam sprawdzić co to może być, chociaż trzymam się z daleka od tanich, drogeryjnych mydeł, bo skóra moich dłoni ich nie znosi. Jako pierwszy do użytku poszedł ten w pomarańczowym opakowaniu o zapachu osmantusa. Nie wiem jak ten kwiat pachnie, ale moim zdaniem to mydło ma aromat kwiatu pomarańczy. Jest przezroczysto- pomarańczowe i dobrze się pieni. Myje tak jak powinno, ale niestety wysusza mi dłonie i muszę po nim użyć kremu. Normalne mydło bez fajerwerków.



5. Bi-Es- Hot Wheels Speed Club-szampon i żel do mycia dla dzieci o zapachu kokosowo-ananasowym

 Ten żel dostałam dla swojego starszego synka, który lubi zapachowe żele do mycia. Ten akurat wbrew nazwie nie pachnie dokładnie ani kokosem ani ananasem, a przynajmniej nie dosłownie. To bardziej taki mleczny kokos, ale bardzo delikatny, czuć go jednynie w trakcie mycia. Sam żel ma bladoniebieskie zabarwienie i obficie się pieni. Nie podrażnia, a tego obawiałam się najbardziej, nie wysusza, choć i nie nawilża, ale do skóry normalnej i bezproblemowej jest odpowiedni. Można wypróbować jesli lubicie takie połączenia zapachowe.



6. La Roche Posay -Effeclar Mat- matujący krem do twarzy

Moje drugie opakowanie tego kremu i uważam, że to najlepszy matujący krem jaki jest dostępny na rynku, a wiem co mówię, bo przetestowałam ich bardzo wiele. Jeśli macie tłustą bądź mieszaną cerę,a także normalną, która lubi czasem pobłyszczeć to czym prędzej lećcie do apteki po Effeclar Mat! Idealnie sprawdza się latem w upały ( przetestowany w 35st). Jest lekki i bardzo szybko się wchłania nie zostawiając żadnej warstwy tzn ani tłustej ani pudrowej. Poprostu na skórze go nie czuć, a matuje od razu. Moja cera nawet w trudnych warunkach jest zmatowiona na cały dzień. Świetny pod makijaż, niekomodogenny. Nie znalazłam w nim ani jednej wady. Dla mnie hit w kategorii kremów matujących!

7.Colgate- Max White- Expert White- wybielająca pasta do zębów

75ml opakowanie znalazło się w jednym z Livboxów i postanowiłam sprawdzić jak się ma obietnica producenta o wybieleniu w 5 dni. Oczywiście wiem, że to bujda, bo żadna pasta nie wybiela, a jedynie usuwa przebarwienia,ale jako, że pijam dużo herbaty ( głównie zielonej i naturalnej owocowej, do śniadania tylko czarną bezcukrową) to możnaby przeprowadzić test. Jeśli śledzicie mój blog to może pamiętacie, że nie znoszę past z fluorem, bo po nich moja nadwrażliwość jeszcze się wzmaga i tego obawiałam się w przypadku pasty Colgate. Mimo wszystko nie było tak źle, a nawet mogę śmiało tę pastę polecić, choć ja już do niej nie wrócę, bo to był jednorazowy eksperyment.

Pasta jest przyjemnie miętowa i ta mięta na długo odświeża oddech, a sama konsystencja jest tym razem biała. Pasta bardzo mocno się pieni co dla jednych będzie plusem,a inni nie będą zadowoleni. Wiadomo to pasta drogeryjna, więc jej skład nie jest najlepszy. Dobrze myje, choć niestety nie nadaje się dla osób z nadwrażliwością, bo czułam w trakcie mycia, że moje zęby jej nie lubią. Problem jednak nie pogłębił się i nie był bardziej uciążliwy niż zwykle. A teraz najważniejsze: czy pasta wybielaw 5 dni? Nie, ale rzeczywiście usuwa przebarwienia np. z herbaty i sama to zauważyłam pomimo tego, że z natury zęby mam dość białe. Z tego względu myślę, że mogę ją polecić jeśli oczywiście tolerujecie pasty z fluorem.

8. NB Nuage- Baby-łagodny i delikatny płyn do kąpieli dla dzieci

Strasznie ciężko znaleźć mi tu płyn do kąpieli dla małych dzieci, więc kiedy natrafiłam na ten od razu wrzuciłam go do koszyka, choć obawiałam się co to będzie, bo marka kompletnie mi nie znana. Tymczasem płyn rzeczywiście jest łagodny i śmiało można go używać nawet u niemowląt. Jest bezbarwny, robi lekka piankę, którą trzyma się kilka minut po czym opada i pachnie przyjemnie, lekko´´ dzidziusiowo ´´. Pozytywne zaskoczenie!

9. Garnier- Skin Naturals- Pure Active Fruit Energy- peelingujący żel do mycia twarzy do skóry tłustej z niedoskonałościami.

Miałam już kiedyś ten żel i nie zauważyłam, że nawet zakupiłam dwa opakowania w sumie nie wiem po co skoro jest on bardzo przeciętny. Przede wszystkim jest niesamowicie rzadki i przez to wypływa z tuby. Przezroczysto- pomarańczowy o chemicznym zapachu  pomarańczowej oranżady w proszku, a w środku ma zatopione małe kuleczki, które masują, ale napewno nie peelingują i nie ma z nich żadneog pożytku. Myć myje, choć podkładu nie domywa, bo płatek z micelem to rzecz obowiązkowa, a poza tym moja normalna skóra z tendencją do błyszczenia była po tym żelu nieprzyjemnie ściągnięta. Moim zdaniem to nie jest dobry produkt.



10. Laboratorium Kosmetyczne Dr Irena Eris - DNA Protect/ wzmacniający krem nawilżający pod oczy

 Przeczytacie o nim TU

Cieszę się, że nareszcie go zużyłam, bo to bardzo przeciętny krem, po którym nie widziałam żadnych większych efektów.

11. Mixa- Baby- łagodny szampon i płyn do kąpieli 2w1

Lubię ten żel, a teraz do kąpieli mojego młodszego synka używam wersję z olejkiem,która jest równie dobra. Wersja, którą właśnie zużyłam to dość rzadki, bezbarwny żel o dość dziwnym zapachu, który nie za bardzo mi odpowiada, ale nie jest chemiczny. Kosmetyk pieni się dość dobrze, nie podrażnia, nie przesusza. Więcej nie wymagam. Polecam z pełnym przekonaniem nie tylko dla dzieci.


Opuściły mnie: 

- Davidoff Hot Water flakon 60ml z małym ubytkiem. Niestety nic mi się w tym zapachu nie podoba, a w dodatku jest strasznie nietrwały.



Znacie coś z mojego denka?

poniedziałek, 3 października 2016

Makiash- lakier do paznokci nr 01 Clear Red













Lakier ten pochodzi z jednego z  Livboxów. Marka dla mnie kompletnie nieznana, jej produkty można kupić tutaj online, ale ja się nie skuszę. Paleta barw  lakierów i kolorówki jest wyjątkowo skąpa i nie wiem czym producent chce przyciągnąć klientki, bo tak słabymi, oklepanymi kolorami to będzie raczej ciężko.

Mnie trafiła się klasyczna czerwień ( nie wiem czy w innych boxach były inne odcienie?) i jakkolwiek lubię czasem ponosić taki manicure to w tym wypadku ta czerwień w ogóle mi się nie podoba. Generalnie lakier jest według mnie słabej jakości i napewno sama bym go nie kupiła. Zastanawiam się nawet nad jego wyrzuceniem.



Opakowanie : 10ml buteleczka, a w środku dość długi, tradycyjny pędzelek

Konsystencja : bez zarzutów, bo ani za gęsta ani za rzadka, a lakier nie robi smug ani prześwitów. Jedna warstwa daje nasycony kolor.

Kolor:  nr 01 ( na mojej buteleczce pisze 301, ale takiego wśród lakierów tej marki nie ma, więc to chyba pomyłka) Clear Red na stronie producenta wydaje się czerwienią pomidorową, klasyczną, a tak naprawdę jest o ton ciemniejsza i ma coś takiego w sobie, że mi nie odpowiada. Nie wygląda estetycznie także dlatego, że brak jej połysku.

Działanie: lakier nakłada się dość dobrze, ale trzeba przy tym trochę się wysylić, bo lubi brudzić skórki i myślę, że jest to wina tego pędzelka. Lepszy byłby zupełnie płaski jak w lakierach Rimmel. Czas schnięcia jest też dość długi, a przynajmniej lakier nie należy do tych co schnie w 2 sekundy o czym przekonałam się po 3 minutach kiedy przypadkowo dotknęłam paznokcia i lakier niby był suchy, ale nie stwardniał do końca. Lubią się na nim tez odbijać wzroki z pościeli co jest dodatkowo denerwujące.

Dwie warstwy w zupełności starczą, a mimo to manicure wcale nie wygląda efektownie. Poprostu zwyczajnie i nie polecam tego odcienia na ważne wyjścia, można go używać na codzień. Także trwałość jest bardzo słaba, bo lakier po niecałych dwóch dniach nosił już mocne ślady odprysków. Niestety zmywanie to porażka, bo lakier rozmazuje się jak oszalały i żeby go dokładnie domyć potrzebowałam aż trzech wacików,a i tak jeszcze na drugi dzień było widać, że wcześniej malowałam paznokcie czerwienią.

Na koniec coś co mnie poraziło chyba najbardziej, a mianowicie cena. Ten lakier na stronie producenta kosztuje 43zł i uważam, że to gruuba przesada, bo jego jakość jest porównywalna do najtańszych lakierów kioskowych, a czasem i te są o niebo lepsze. Nie rozumiem za co tak wysoka cena, bo za tyle ( albo i za mniej) możemy dostać Essie lub tym podobne produkty, a nie coś co jest tak beznadziejne.

Nie polecam, nie warto.


Ocena : 1 / 5

Cena: 10ml / 43,50zł

Dostępność : online


Znacie markę Makiash?

piątek, 30 września 2016

Marc Jacobs - Daisy Dream





Daisy Dream przyciąga wzrok w perfumerii swoim wyjątkowo esteycznym flakonikiem, który pewnie większość dziewczyn i kobiet chciałaby mieć na półce. Nie interesował mnie jednak, bo nie przepadam za zapachami Jacobsa i nie podoba mi się żaden z nich. Tak się jednak złożyło, że kilka próbek dostałam gratis przy innym zakupie ( co mnie bardzo zdziwiło, bo w tutejszych perfumeriach panie nie dodawają żadnych próbek czy gratisów niezależnie od tego co i za ile się kupi, nie robią też próbek na życzenie) i pomyślałam, że to nie będzie żadna rewelacja, ale sprawdzić warto.

Dziwię się cenie, bo jest zdecydowanie zbyt wygórowana za coś co praktycznie nie pachnie. Poważnie! Mgiełki zapachowe mają intensywniejszy zapach i niektóre z nich dłużej się utrzymują niż ta woda toaletowa, a ponieważ nienawidzę perfum, które są bliskoskórne i ledwo co je czuć to Daisy Dream są dla mnie skreślone zresztą ich skład to też nie jest to co lubię i czego szukam i sama nigdy bym ich nie kupiła.




Od początku do ( szybkiego) końca nie daję rady rozróżnić poszczególnych owoców, bo są tak gładko zmiksowane. To coś takiego jak owocowa papka dla niemowląt, ale z owoców, które słabą pachną i są rozwodnione. Kokosa nie ma ani żadnej słodyczy i myślę, że tego tu najbardziej brakuje, bo może wtedy kompozycja byłaby bardziej znośna i dałby się ją nosić choćby idąć po tzw. bułki do piekarni. To wodna, bylejaka pulpa z owoców bez ładu i składu rozjechana blenderem byle jak i to w zasadzie wszystko, bo nic więcej nie można o tym zapachu powiedzieć. Nie zmienia się i zresztą nawet nie może, bo po 5 minutach cały ulatnia się w eter nie zostawiając po sobie kompletnie nic. Pytam więc po co tworzyć takie beznadziejne zapachy? Co z tego, że ich twórcami są Ann Gottlieb , która jest´´ matką´´ mojego ukochanego Esprit d´ Oscar oraz Alberto Morillas mający na koncie wiele pięknych kompozycji skoro Daisy Dream to jakiś (nie ) tani żart! Coś co praktycznie nie pachnie i trzyma się skóry przez dosłownie kilka krótkich minut nie powinno być w ogóle produkowane lub jeśli już to stać na najniższych półkach w markecie i kosztować 5zł  nie więcej.



Porażka i to na całej linii. Nie nadaje się toto nawet na prezent ( no chyba, żeby flakon trzymać jako element dekoracji,a  z zawartości nie korzystać), bo kto z tego będzie zadowolony? Może 10 letnia dziewczynka i nikt poza tym.

Nuty zapachowe : 

nuty głowy : jeżyna, gruszka, grapefruit

nuty serca : wisteria, jaśmin, liczi

nuty bazy: woda kokosowa, piżmo, białe drzewa


Ocena :

zapach: 0 / 5

flakon: 4/ 5



Cena: 100ml / ok. 220 zł

Dostępność: perfumerie online i stacjonarne


A jak Wam podoba się Daisy Dream?