poniedziałek, 29 lutego 2016

Farmona - Nivelazione- intensywnie nawilżający krem / maska do rąk








Zima u mnie w pełni. Mnóstwo śniegu, umiarkowany mróz, a moje dłonie nie mają się najlepiej. Są przesuszone, widać popękaną skórę i choć robię wszystko by temu zaradzić to już po chwili od wyjścia na dwór (w grubych rękawiczkach rzecz jasna) ich kondycja pozostawia wiele do życzenia. Mało jest kremów, które mi pomagają i Nivelazione też nic mi nie daje. Pomimo zawartości 10 % mocznika, sok z aloesu, witaminy E i biokompleksu nawilżającego zwanego Hydromanil nie jestem z niego zadowolona.


Opakowanie: różowa tubka z klapką, która mogłaby być bardziej przezroczysta, bo aby sprawdzić stopnień zużycia trzeba oglądać´´ pod światło´´.


Zapach i Konsystencja: średnio gęsty krem o dziwnym zapachu, który przypomina mi plastikową zabawkę. Nie jest mocny, nie drażni, ale mi nie odpowiada.




Działanie: mam naprawdę wymagającą i wrażliwą skórę dłoni, która byle czym się nie zadowoli i ten krem nie daje rady. Musiałabym go nakładać po kazdym myciu rąk, a naprawdę nie mam na to czasu w ciągu dnia no i jako ciągle zajęta mama nie mogę latać cały czas z tłustymi, nakremowanymi dłońmi dlatego ograniczam się do smarowania rąk wieczorem. Niestety kiedy miesiąc temu były tu duże mrozy i bardzo suche powietrze skóra moich dłoni popękała boleśnie i gdy aplikowałam ten krem to czułam niesamowite pieczenie, które było nie do zniesienia, a nawilżenie było powierzchowne, bo po 30min dłonie były suche jak wiór.

Obecnie wcale nie jest lepiej. Zaraz po naskarowaniu dłonie są gładkie, trochę nawilżone, ale wszystko znika rano. Fajnie, że krem nie jest tłusty i wchłania się szybko tylko nie przynosi mi żadnej ulgi. Wręcz przeciwnie. Nawilżenie i odżywienie oceniam jako bardzo słabe i nie polecam tego kosmetyku jeśli macie taki sam problem z dłońmi jak ja. Cieszę się, że za chwilę już się skończy i będę mogła sięgnąć po coś innego.


Ocena: 1 / 5

Cena: 100ml / ok. 8zł

Dostępność: dostałam


A jak u Was spisał się ten krem?

piątek, 26 lutego 2016

Prada-Candy






Cukierek od Prady. Wychwalany, uwielbiany i rekomendowany jako idealny słodziak dla tych, którzy pragną toffi. Jestem chyba jedną z niewielu osób, która na widok tych perfum ucieka jak najdalej. Nie mogę ich znieść, a jeszcze zanim je poznałam nastawiałam się na ich zakup nawet w ciemno, no bo jak coś tak pysznego może mi się nie spodobać? Okazało się jednak, że to jak Cukierek się na mnie układa jest wprost nie do zniesienia! To kolejny gourmand po Mat Chocolate, który tak srogo mnie rozczarował, a taka miałam nadzieję na coś słodkiego na zimę...

Wiecie pewnie jak pachnie nowy dywan w sklepie. Gumą i tym dziwnym ´´czymś´´ czego nie potrafię określić, a ten aromat wywołuje u mnie mdłości. To teraz wyobraźcie sobie taki dywan leżący w sklepie i ktoś wylewa na niego kilka puszek masy kajmakowej. Coś strasznego! Najgorsze jest to, że ten zapach nie zmienia się w ogóle tylko jeszcze przybiera na sile. Nie czuję żadnego karmelu, piżma ani niczego podobnego, nie jest tu też słodko. Jest dziwnie i bardzo, bardzo nieprzyjemnie wręcz odpychająco.

Pierwsze testy zaliczyłam szorowaniem nadgarstków. Potem coś mnie podkusiło, żeby użyć Candy globalnie i spędziłam 2 godziny ( tyle się na mnie trzymał) ´´pachnąc´´ jak zalany kajmakiem dywan. Nigdy więcej!


Nuty zapachowe:

nuty głowy: piżmo

nuty serca: wanilia, benzoina

nuty bazy: karmel


Ocena : musiałabym  dać 1  tylko za flakon / 5

Cena: 80ml / ok 270zł

Dostępność: perfimerie online i stacjonarne


A jak Wam podoba się Candy?

środa, 24 lutego 2016

Ziaja - Ziajka- żel do mycia ciała i włosów dla dzieci




Żel dla dzieci i niemowląt polecany od 6 miesiąca życia kupiłam, bo potrzebowałam takiego koniecznie w butelce z pompką. Stosowałam go zarówno jako płyn do kąpieli, do mycia ciałego ciała jak i pupy w czasie przewijania, bo nie stosuję chusteczek ( no chyba, że na wyjazdach, w miejsach publicznych). To kolejny produkt z serii Ziajka, który polubiłam ja i mój młodszy maluszek i do którego chętnie jeszcze wrócimy szczególnie, że cena bardzo zachęca.

Warto wspomnieć, że w składzie brak mydła, barwników i SLESu.

Opakowanie: jedynym minusem dla mnie jest jego nieprzezroczystość, bo trudniej przez to kontrolować ubytek produktu.


Zapach i Konstystencja: w to w zasadzie dość rzadka prawie bezbarwna emulsja aniżeli żel. Dobrze się pieni i pachnie przyjemnie, delikatnie ´´dzidziusiowo´´.




Działanie : To bardzo dobry produkt, który śmiało możemy kupić jeśli nie chcemy przepłacać np. za bardzo podobny żel Musteli. Nie podrażnia i nie wysusza i jako, że mój Maluch także ma skórę normalną, to nie musiałam go codziennie smarować, bo nie było takiej potrzeby. Jako szampon również bardzo dobrze spełnia swą rolę i nie plącze włosków, łatwo się spłukuje. Najbardziej jednak pomocny był w czasie przewijania, bo wraz z Sudekremem łagodził ewentualne podrażnienia.

Poprostu dobry, polski produkt w przyjaznej cenie, powszechnie dostępny i nie tylko dla najmłodszych. Sięgnijcie po niego, bo warto!

Ocena: 5+ / 5

Cena: 400ml / ok. 8zł

Dostępność: apteki


Miałyście ten żel?

wtorek, 23 lutego 2016

Indola-Age Expertise-odżywka do włosów dojrzałych



Odżywka kupiona wraz z nawilżającym i oczyszczającym szamponem Indola w trakcie mojego pobytu w Polsce. Nigdy wczesniej nie miałam do czynienia z produktami tej marki, a że cena była niska to tym bardziej moja ciekawość rosła co to też może być. Mam nieodparte wrażenie, że ta odżywka ( jak i wspomniany nawilżający szampon) to tańszy odpowiednik odżywki BC Q10 Time Restore Schwarzkopf i chyba mam rację, bo Indola też jest pod skrzydłami tej niemieckiej marki.

Age Expertise to produkt dla włosów dojrzałych, cienkich i delikatnych. Zawiera mieszankę przeciwutleniaczy chroniących włosy przed wolnymi rodnikami.Odbudowuje strukturę każdego pasma włosów od wewnątrz. Przywraca włosom witalność, zdrowy wygląd i połysk. Szczerze mówiąc spodziewałam się, że jesli jest do włosów dojrzałych to musi działać intensywnie i mocno odżywiać i na tym mi zależało. Niestety dostałam zwykłą odżywkę jakich pełno na drogeryjnych półkach i po zużyciu połowy butelki miałam jej dość. Nie zabrałam jej ze sobą do domu, zostawiłam Mamie i ona też narzekała, że Age Expertise jej nie pasuje.


Opakowanie: ciemnobordowa butelka jest prawie nieprzezroczysta,choć pod światło coś tam można dostrzeć. Lepiej ją też stawiać na zakrętce, bo później ciężko się dozuje gęstą odżywkę.

Zapach i Konsystencja: jeśli kojarzycie aromat odżywki Schwarzkopf BC Q10 Time Restore to Age Expertise pachnie dokładnie tak samo. Dla tych, którzy nie wiedzą: to przyjemny, perfumowany aromat, trudny do sprecyzowania, bo nie pachnie niczym konkretnym. Jak widzicie na fotce poniżej odżywka jest dosyć gęsta, ale mimo, że wiele razy nałożyłam jej za dużo to i tak nie obciążyła mi włosów i to jest jak najbardziej na plus.





Działanie: mnie ten produktów rozczarował. Naprawdę spodziewałam się mocnego nawilżenia, odżywienia, pomocy dla przesuszonych przez twardą wodę włosów. A co dostałam? Lekkie nawilżenie, które w zasadzie było na tyle słabe, że włosy nie odczuły różnicy, zero odżywienia. Po umyciu włosy trochę lepiej dawały się rozczesać, choć na moich długich lubią tworzyć się kołtuny mimo, że je dobrze rozczesuję i ta odżywka temu nie przeciwdziałała. I tak musiałam wspomagać się inną odżywką w sprayu. Włosy ani nie wyglądały lepiej, bo z powodu przesuszenia miały tendencję do puszenia się ani nie czuły się lepiej ( znajdowałam ich trochę więcej na szczotce niż zazwyczaj).

Niby to kosmetyk fryzjerski, a działa tak samo jak tani drogeryjny. Porównałabym go do odżywek Schaumy. Dla niewymagających włosów, którym niczego nie brakuje pewnie będzie dobra, ale dla pozostałych napewno nie. Nie polecałabym jej także do włosów dojrzałych,ponieważ będzie dla nich za słaba. Za 20zł można śmiało znaleźć lepszy produkt.


Ocena: 2 / 5

Cena: 250ml / ok. 20zł

Dostępność: TU


Znacie kosmetyki Indola? Miałyście tę odżywkę?

poniedziałek, 22 lutego 2016

Wibo-Gold Line nr 29








Piękny intensywny niebieski stał sobie w Lidlu na stoisku z lakierami Wibo z linii Golden Line. W życiu nie spodziewałabym się, że w tym sklepie można dostać lakiery do paznokci ( no chyba, że Cien, ale i tych tam nie widuję), a jednak była też kolorówka Eveline! Nie wahając się długo sięgnęłam po nr 29, bo inne odcienie mi się nie spodobały, były to brudne róże, typowe czerwienie i nudziak.

Ten odcień jest poprostu rewelacyjny i to największa zaleta tego lakieru, bo niestety największą wadą jest fatalna trwałość. Paznokcie pomalowane wieczorem już kolejnego dnia wczesnym popołudniem nosiły ślady starcia lakieru od jego podstawy, a następnego po bokach i ogólnie wyglądało to na tyle źle, że musiałam sięgnąć po zmywacz. Nie pomogło nawet zabezpieczenie top coatem dlatego OGROMNY minus za tak kiepską trwałość!

Plus to bardzo wygodny pędzelek i odpowiednia konsystencja, bo dzięki temu paznokcie maluje się bardzo szybko, a jedna warstwa daje taki sam kolor jak w buteleczce, choć ja i tak zawsze będę się upierać,że zawsze lepiej jest  pomalować paznokcie dwukrotnie. Za szybkie schnęcie i twardnienie również należą się brawa. Niestety nie kupiłabym tego lakieru ponownie, bo chcę się cieszyć tym cudnym kobaltem dłużej niż niecały jeden dzień.


Ocena: 3 - / 5

Cena: 8ml / nie pamiętam

Dostępność: kupiony w polskim Lidlu



Jak Wam się podoba ten kolor?

piątek, 19 lutego 2016

Beyonce - Heat





Założę sie, że większość z Was zna ten zapach, bo jest dosłownie wszędzie zarówno w perfumeriach jak i zwykłych drogeriach i marketach,a dodatkowo w Stanach również od dawna bije rekordy popularności,ale co się dziwić skoro Bey jest traktowana tam jako ikona muzyki i diwa. Dla mnie nie jest ona ani jakoś wybitnie utalentowana i nie zachwycam się nią pod żadnym względem. Nie słucham jej muzyki, nie interesuje mnie ona i uważam, że jej popularność to sukces speców od PR zresztą tak jak w przypadku większości dzisiejszych ´´gwiazd´´.  Nie jest to jednak recenzja osoby Beyonce Knowles, a jej debiutanckiego zapachu Heat wydanego przez Coty 6 lat temu. Doczekał się on kilku flankierów i choć niestety bardzo chciałam to tylko Wild Orchid jako tako jest w porządku, bo reszta... szkoda gadać. Pierwowzró także zalicza się do pierwszej piątki mojej prywatnej listy celebryckich pachnideł, których szczerze nie znoszę.





Popatrzcie na plakat reklamowy. Jak wyobrażałyście sobie Heat przed poznaniem nut zapachowych i zanim trafił na półki sklepowe? Ja sądziłam, że będzie to kwiatowa kompozycja z wanilią i słodszym akcentem może w postaci czekolady?  Może celebrycki Angel  ( wiem, wiem poniosła mnie fantazja). Tymczasem mamy´´ twór´´ ( wybaczcie, ale ja naprawdę nie mogę tego inaczej nazwać), który przede wszystkim strasznie wkurza mnie swą syntetycznością. Rozumiem,że takie perfumy nie są robione ze składników najwyższej jakości, ale dlaczego np. u Britney nie czuję chemii, nawet u Katy Perry nie, a w Heat i jego flankierach dosłownie kopie mnie ona w twarz?! Chociaż u Heat Rush jest pod tym względem dużo gorzej...

Beyonce wspominała, że Heat jest zapachem seksownym, zmysłowym, bardzo kobiecym,a dopełniać ma tego flakon w jej ulubionym kolorze. Co więcej zapewniła, że zawsze nadzoruje prace nad swoim kompozycjami. Reklama, gdzie uwodzi nas w kusej mini z wielkim dekoltem ( dla kogo to seksowne, bo dla mnie tanie i wulgarne) była ponoć zakazana w kilku krajach.Nie będę tego komentować. Mnie w każdym razie ten reklamowy klip się nie spodobał i wcale nie myślę, że jest jakoś bardzo prowokujący.

Przechodząc jednak do najważniejszego,a  mianowicie do zapachu to jest słodko. Bardzo słodko. Potwornie słodko. To podobna słodycz jaką serowuje nam Kylie Minogue w Sweet Darling tyle tylko, że u Beyonce chemiczne landryny przeplatają się z mega słodkimi owocami, których za nic w świecie nie mogę rozpoznać. Być może jest to brzoskwinia, jednak napewno nie świeża, a z puszki razem z syropem. Jakieś kwiaty?, pyszne makaroniki ? -  to wszystko sprawia wrażenie jakby panowie Dir i Gillotin wrzucili nuty zapachowe do blendera i zmiksowali na papkę dolewając jeszcze jakiegoś sztucznego syropu. Ta słodycz jest inna niż w Fantasy i nie mogę tych dwóch kompozycji porównywać.

Faktem natomiast jest, że dzień spędzony w oparach Heat nie zaliczam do udanych. Męcząca, ulepna słodycz tak bardzo mnie drażniła, że marzyłam, aby wreszcie to paskudztwo z siebie zmyć. Na szczęście po ok. 3 godzinach sam się ulotnił. Wiem, że wiele osób chwali jego parametry aczkolwiek na mnie trzymał się słabo z czego bardzo się cieszę. Nie daję rady takim oblepiaczom od których można się nabawić bólu głowy. Ani to seksowne czy kobiece, a przecież ja lubię od czasu do czasu popachnieć jakimś słodziakiem!. Tak, ale napewno nie Heat.

Propozycja dla zagorzałych fanek wokalistki, jej kusych wdzianek, hasełek o nie traktowaniu kobiet jak obiekt seksualny (podczas, gdy Beyonce   nosi się na scenie i w teledyskach prawie nago) i dla tych z Was, które poprostu lubią pachnieć słodko. Ja podziekuję.


Nuty zapachowe

nuty głowy: waniliowa orchidea, magnolia, neroli, brzoskwinia

nuty serca: migdałowe makaroniki, wiciokrzew, kremowe piżmo

nuty bazy: sekwoja, bób tonka, ambra


Ocena : 0 ( nie znajduję plusów) / 5

Cena: 100ml /ceny są różne, ale widziałam nawet za 50zł

Dostępność : markety, perfumerie stacjonarne, online, drogerie



A co Wy myślicie o Heat?

poniedziałek, 15 lutego 2016

Kallos - jagodowa maska do włosów







Jagodowa maska do włosów. Brzmi świetnie nieprawdaż? Osobiście bardzo lubię maski Kallos na czele z Placentą, która´´ wyleczyła´´ mi kilka lat temu włosy popalone przez nieudolną fryzjerkę, a Mleczna Latte również jest doskonałym remedium na bardzo zniszczone i suche ´´siano´´. Zanim przyjechałam do Polski zrobiłam małe kosmetyczne zakupy produktów, których nie chciałam lub mnie mogłam ze sobą zabrać ze wględu na ograniczone miejsce w walizkach. Jednym z takich kosmetyków była maska do włosów bez której nie mogę się obyć. Postanowiłam zasugerować się pozytywami i kupiłam litrowy słój jagodowej maski Kallos. Czy dobrze zrobiłam? Po czasie myślę, że mogłam jednak wybrać sprawdzoną Placente lub Latte. Jagodowa mnie nie zachwyciła na tyle, żebym chciała jej używać ponownie. Nie zabrałam jej też ze sobą z powrotem do domu i zostawiłam Mamie,która nie była z niej zadowolona. Przeczytajcie jednak jakie są moje odczucia w związku z tym produktem:


Opakowanie: wielgachy, litrowy słój z zakrętką pod którą niestety nie było zabezpieczenia, więc maska bardzo łatwo może się wylać. Odpada także wiezienie jest gdziekolwiek. Życzyłabym sobie, aby producent przelał ją też do mniejszych tubek takich ok. 200ml.

Zapach i Konsystencja: maska nie wygląda jak koktajl z jagód i tak nie pachnie. Jest biała, budyniowata o dość przyjemnym, delikatnym kosmetycznym aromacie, który moich włosów się nie trzymał.






Działanie: nakładałam maskę najpierw pod czepek na 20min. spodziewając się głębokiego nawilżenia i odżywienia, wzmocnienia włosów oraz ich wygładzenia. No cóż tak idealnie nie było.
Tak, włosy były sypkie, w ogóle nie przesuszone, miłe w dotyku i nie obciążone i to tyle. To samo było, gdy stosowałam ją jako zwykłą odżywkę. Włosy przede wszystkim łatwiej mi było rozczesać i nie wyglądały ja suche badyle, a polska woda naprawdę dała im w kość. Jakkolwiek nie uważam, aby to było remedium dla bardzo zniszczonych i błagających o nawilżenie włosów. Dla takich polecam wspomnianą już Placentę lub Latte.

Jagoda działa mniej intensywnie, raczej jak dobra odżywka nawet do codziennego użytku. Słyszałam głosy, że maska obciąża, ale to zależy od rodzaju włosów. Moich nie obciążała i nie matowała, nie było żadnych negatywów, choć wielkich rewelacji także nie. Dobra, ale znam lepsze i dlatego była to jednorazowa przygoda.


Ocena: 4 - / 5

Cena: 1000ml / ok. 10zł

Dostępność: kupowałam TU



A co Wy sądzicie o tej masce?

piątek, 12 lutego 2016

Jessica Simpson - Fancy Love






Są takie perfumowe zakupy, których szczerze żałuję i po nich obiecuję sobie, że przestanę kupować w ciemno tylko dlatego, że wszyscy są zachwyceni, a wyraźnie widać, że nuty zapachowe nie są ´´moje´´. Uwielbiam Fancy Night i chyba dlatego pomyślałam, że Fancy Love musi być równie dobry. Nic to, że nie znoszę perfum z napisem Love i tą całą miłosną otoczką, a brzoskwinia to zdecydowanie nie jest mój ulubiony owoc. W zaćmieniu umysłu kupiłam całą setkę Fancy Love i powinnam stuknąć sie młotkiem w głowę za swoją głupotę!

To nie tak, że ten zapach jest nieładny. Ma duże predyspozycje, by się podobać i może stać się dla niektórych tym ulubionym. Mnie w każdym razie drażni niesamowicie i zmuszam się, aby go zużyć za każdym razem przeklinając się w duchu, że za tę cenę mogłam mieć choćby świetny Hidden Fantasy czy Fantasy Naughty Remix. No, ale stało się mam tę wielką, białą flachę...

Podstawowe pytanie brzmi teraz: jak pachnie Fancy Love? Jest pudrowy, jakby aksamitny, przytulny i miękki jak ulubiony biały sweter. Główną rolę grają tu kwiaty brzoskwini ( moim zdaniem owoce też) i piżmo co już samo w sobie wiele mówi o całości. Połączone razem dają wyczuwalną kremowość. Żadnej innej nuty nie rozpoznaje także dlatego, że zapach prawie w ogóle się nie zmienia w ciągu dnia otoczając nas z początku dość mocno wyczuwalną, później bliskoskórną nutą subtelności i łagodności.

Fancy Love jest jak  dziewczyna z sąsiedztwa w której skrycie podkochuje się jej równieśnik. Naturalna blondynka, malująca się tylko na specjalne okazje, uśmiechnięta, sympatyczna i przyjacielska, która lubi ładnie wyglądać, ale nie przypatruje się co jest w danym momencie na czasie. Można z nią o wszystkim pogadać, a jej ulubionym zapachem jest Burberry Woman. Dlaczego o nim wspominam ? Fancy Love bardzo mi go przypomina z tym wyjątkiem, że nie ma w nim tej suchej, drażniącej wanilii. Niemniej uważam, że FL jest nim inspirowane.

Trwałość i projekcja są dość dobre, czuję go na sobie przez pół dnia, ale przez większość czasu bliżej skóry.

Celebrycki skin scent, który wyróżnia się na tle typowych wypustów ´´gwiazd´´. U mnie na liście NIE LUBIĘ.



Nuty zapachowe:

nuty głowy: bergamotka, kwiat brzoskwini, liście Goji, różowy szampan

nuty serca: lotos, piwonia, plumeria, jaśmin, róża

nuty bazy: bursztyn, nuty drzewne, paczula, piżmo



Ocena : 2 - / 5

Cena: 100ml / ok.120zł

Dostępność: perfumerie online



A jak Wam się podoba Fancy Love?

środa, 10 lutego 2016

Isana-Professional- Color Shine- szampon i odżywka do włosów farbowanych i z pasemkami





Kiedy po raz pierwszy od dłuugiego czasu zmieniłam swój naturalny kolor włosów ( a raczej powróciłam do odcienia wiśni, który z powodzeniem nosiłam wcześniej) chciałam dobrze zadbać o nowy kolor i poszukiwałam odpowiedniego szamponu i odżywki dla włosów farbowanych. Pomyślałam jednak, że dam szansę tańszym produktom i przetestuję czy sprawdzają się lepiej niż te fryzjerskie, które zwykle stosuję w domu. W tym celu udałam się do Rossmana i wzięłam z półki szampon i odżywkę z serii Color Shine. Są to kosmetyki bez silikonów za to z wyciągiem z jagód goji i żurwiny, a oprócz ochrony koloru mają także zapobiegać elektryzowaniu się włosów, nadawać połysk i wyrazistość kolorowi i wygładzać. Nie mam porównania z innymi szamponami Isany, ale wiem,że akurat tego duetu już nie kupię. Niczym mnie nie zachwycił.


Szampon: ma perłową barwę ( minus za to) i pachnie słodkimi jagodami. Dziewczyny na blogach zachwycaja się tym aromatem, a mnie on nie rusza. Jest przyjemny, ale nic w nim nadzywczajnego, nie trzyma się też ( moich) włosów. Pomimo braku silikonów szampon pieni się dość dobrze, chociaż przy długich włosach musiałam go dokładać no i niestety w czasie mycia włosy były dość szorstkie w dotyku i poplątane. Oczywiście nie testowałam go bez odżywki, bo nigdy tak nie robię i nie byłabym w stanie rozczesać włosów. Generalnie to zwykły szampon, który jedynie oczyszcza włosy, nie zauważyłam niczego poza tym.




Odżywka: dość gęsta o takim samym jagodowym zapachu. Nie spływa z włosów i łatwo się spłukuję jednak z moimi włosami nie zrobiła zbyt wiele. Owszem zmiękczyła je co było potrzebne po umyciu szamponem z tej serii, sprawiła, że Tangle Teezer rozprawił szybciej z kołtunami i LEKKO wygładziła ( nie rozprostowała). Brak mi tu natomiast odczuwalnego nawilżenia i odżywienia i dlatego nie polecam tych produktów do włosów suchych i bardzo zniszczonych, to raczej propozycja dla normalnych z niewielką tendencją do przesuszania.

Czy kolor zyskał na intensywności ? Nie, bo sam w sobie jest intensywny i lśniący,a  ten duet mało co działałby na tym polu. Nie było żadnego działania przeciw elekryzowaniu się ( mam z tym mały problem szczególnie w zimie) . Trudno mi natomiast osądzić co z ochroną koloru,bo używam także kilku innych produktów odświeżających kolor i trzyma się on dość długo. Plusem jest brak obciążenia włosów jednak wolałabym, aby były one trochę dociążone, bo mimo, że od nasady były wygładzone to reszta lubiła się puszyć.


Przeciętniaki do wypróbowania raz. Wracam do kosmetyków fryzjerskich, bo po nich widzę efekty.


Ocena za oba produkty : 3 - / 5

Cena: 250ml szampon / ok. 10zł, odżywka: 200ml: ok 10zł

Dostępność: Rossmann



A jakie Wy macie zdanie o tych kosmetykach?

wtorek, 9 lutego 2016

Mój pierwszy LivBox- luty 2016







W Polsce jest GlossyBox, a w Finlandii mamy Livbox, którego zdecydowałam się zamówić na najbliższe pół roku. Cena za jeden miesiąc to prawie 17€. W lutowej paczce znalazły się te oto kosmetyki i mały słodki upominek:

1. Cutrin- Anti Frizz-spray przeciw elekryzowaniu się i puszeniu włosów

2.Dove -Derma SPA- Goodness3- mleczko do ciała

3. Rich-Miracle Renew- CC Shampoo

4. Sanex-Hydrate 24h- krem do rąk do skóry bardzo suchej i odwodnionej

5. Colgate-Naturals-szczoteczka do zębów

6. Colgate-Max White One-wybielająca pasta do zębów

7. Lumene-Bright Now Vitamin C Sleeping Cream-krem na noc z witaminą C

8. IsaDora-Gel Nail Lacquer Top Coat

9. IsaDora-Gel Nail Lacuqer nr 227 Orange Dream

10. Panda- drażetki / lentilki

Wiem, że w innych paczkach była żelowa baza i lakier Sally Hansen i dobrze, że mnie się trafiły produkty IsaDora, bo SH już miałam. Pastę do zębów oddałam mężowi,ponieważ ja nie mogę używać  wybielających i z fluorem natomiast szczoteczkę odkładam-jestem zdeklarowaną użytkowniczką sonicznej, choć manualna może się gdzieś tam kiedyś przydać. Słodyczową niespodzianką były lentilki ( nie jadłam ich już dobrych kilka lat) popularnej tu fińskiej marki Panda, a dodatkowo dostałam kupon ze zniżką - 30% na zakupy w sklepie z kosmetykami do włosów.

Jestem zadowolona i z niecierpliwością oczekuję kolejnego Livboxa!




A jak Wam podoba się ta paczka?

poniedziałek, 8 lutego 2016

Essie nr 285 Toggle to the top







Kiedy widzę lakier Essie w kolorze jakie lubię tj. w ciemnym to nie mogę się powtrzymać i najczęściej ląduje on koszyku. I nic to, że czasem mam kilka czerni czy fioletów. Lakierowa mania cały czas u mnie trwa. Ostatnio wpadł mi w oko odcień nr 285 Toggle to the top, czyli ciemna, winna czerwień z brokatem. Fakt- brokatu nie znoszę, ale pomyślałam, że przeciez uwielbiam Essie, więc napewno się nie rozczaruję. Jednak totalnie zachwycona też nie jestem.

Lakier jak już wspomniałam posiada brokat w kolorze srebrnym i czerwonym, który jest jakby wtopiony w lakier i na paznokciach nie pozostawia charakterytycznej chropowatości. Płaski pędzelek i bardzo dobra konsystencja sprawiają, że maluje się nim w zaledwie kilka minut nakładając dwie warstwy do zintensyfikowania koloru aczkolwiek nie ma tu mowy o smugach czy prześwitach. Czas schnęcia również na piątkę.

Jestem jednak nieco zawiedziona efektem końcówym. Owszem lakier prezentuje się ładnie, brokat jest odpowiednio mały i nie razi  tylko, że raczej niczym się ten kolor nie wyróżnia i nie uważam, żeby był on jakiś nadzwyczajny czy bardzo oryginalny. W dodatku zmywanie lakieru było próbą mojej cierpliwości. Wacik rwie się, przykleja do paznokcia i trzeba trochę potrzeć, aby lakier zszedł, a brokat przeniósł się na palce i dłonie i zszedł dopiero po porządnym umyciu rąk.

Trwałość także nie zachwyca, a przecież to Essie! Następnego dnia po pomalowaniu widać już było małe starcia, a kolejnego już wyraźne odpryski. Słabo.

Trochę żałuję, że zdecydowałam się na ten lakier. To już drugi bardzo przeciętny Essiak.


Ocena: 3 / 5

Cena:13.5ml / 16,50zł

Dostępność: TU



A co Wy sądzicie o tym kolorze?

piątek, 5 lutego 2016

Serge Lutens -Rousse






Za oknem mróz i śniegu po kolana, a ja siedzę w domu okryta kocem z kubkiem domowej roboty Glögi w dłoniach. Na stole pali się cynamonowa świeca, a mój nos co chwila wychwytuje Rousse, kórym spryskałam się jeszcze rano po kąpieli.

Uwielbiam Rousse. Ten zapach jest stworzony na  zimę. Ogrzewa serce, umysł i ciało. Dodaje energii, a przy tym koi i uspokaja. Jest jak grzane wino z cynamonem, skórką pomarańczy i goździków. Brak tu co prawda typowej alkoholowej nuty rumu czy wina, ale nie ma to większego znaczenia. Gorący, z mocą przypraw jakby wąchało się je wysypane na otwartej dłoni, a ich aromat świdrował w nozdrzach.



Mistrzostwo. Lutens tą kompozycją pokazuje, że nie ma sobie równych.


Nuty zapachowe:

mandarynka, cynamon, goździki, bursztyn, żywice, cedr
 

Ocena: 6 / 5

Cena:50ml / ok. 280zł

Dostępność: perfumerie online



Czy Wy też uwielbiacie Rousse?

środa, 3 lutego 2016

Max Factor - Colour Elixir nr 685 Mulberry







Jak tylko zobaczyłam ten kolor w szafie Max Factor wiedziałam, że muszę go mieć mimo, że niespecjalnie lubię kosmetyki tej marki. Mulberry to wiśnia z jakby lekkim metalicznym połyskiem, który lepiej widać w naturalnym oświetleniu. Na żywo ta barwa prezentuje się wyraźniej i widać jej głębię.

Opakowanie: estetyczne, nie rysuje się w kosmetyczce, nie pęka, napisy się nie ścierają


Zapach i Konsystencja: szminka pachnie typowo szminkowo, kosmetycznie.Ten aromat nie jest może najlepszy, ale z drugiej strony nie drażni, bo jest wyczuwalny jedynie kiedy powąchamy sztyft z bliska. Smaku nie posiada. Konsystencja jest ani nie za miękka ani za twarda, sztyft równo sunie po ustach i od razu nasyca je kolorem.




Działanie: jest to szminka nawilżająca i istotnie nie muszę pod nią nakładać żadnego balsamu, ale jeśli wargi są nawet odrobinę przesuszone to szminka to podreśli, więc wcześniej dobrze jest wykonać peeling i je nawilżyć. To w sumie logiczne, bo kto maluje suche usta z ostającymi skórkami?  Pomadka jest  trwała, bo u mnie przetrwała posiłek i deser tzn. połysk znikł, ale kolor pozostał. Bez jedzenia i picia była na ustach ok. 4 godz.








Używam jej z przyjemnością, bo wygląda na ustach rewelacyjnie, a i ten kolor bardzo mi pasuje. Paleta odcieni jest dość duża w związku z czym z łatwością wybierzecie coś dla siebie. Polecam jak najbardziej!


Ocena: 5 + / 5

Cena: 4g / zapłaciłam w przeliczeniu 55zł

Dostępność: w szafach MF




Macie tę szminkę? Jak Wam się podoba ten kolor?






wtorek, 2 lutego 2016

Natura Siberica- szampon do włosów słabych i zniszczonych z efektem laminowania





Nie mogłam sobie odmówić kupna tego szamponu szczególnie, że zainteresował mnie ten efekt laminowania, który ma polegać na tym, że szampon pokrywa włosy warstwą ochronną i przez to pielęgnuje i chroni kolor włosów farbowanych i rozjaśnionych. Oprócz tego brak tu parabenów, SLS, SLES,PEG, glikoli i olei mineralnych, a dodatkową funckcją ma być także prostowanie włosów, regeneracja i ułatwienie rozczesania. Nie do końca jestem jednak zadowolona i już wiem, że był to mój ostatni zakup tego szamponu. Moje włosy go nie polubiły.

Opakowanie: nieprzezroczysta butelka z korkiem na ´´klik´´.  Podoba mi się jej design, ale uważam, że producent umieścił zbyt dużo napisów.

Zapach i Konsystencja: dość rzadki ( ale nie wodnity) w kolorze owoców maliny moroszki i podobnym zapachu z kosmetyczną nutą. Pieni się dość słabo, więc myłam włosy dwa razy i musiałam go zawsze dokładać.






Działanie: szampon przede wszystkim strasznie plątał mi moje długie włosy już w trakcie mycia i potrzebowałam naprawde dobrej odżywki zmiękczającej,a  potem także sprayu ułatwiającego rozczesywanie, bo inaczej nawet Tangle Teezer wysiadał. Wielkm, ogromnym minusem było także to, iż w czasie mycia włosy wypadały mi i było tego dość dużo co normalnie w ogóle mi się nie zdaża i zaczęłam się wtedy zastanawiać czy wszystko z nimi w porządku, ale jako, że po innym szamponie tego nie było, więc uznałam, że to wina tego. I tak rzeczywiście było, ponieważ szampon ten nie zawiera silikonów, a moje włosy jednak je lubią i po wielu naturalnych szamponach są niesamowicie splątane i wypadają w czasie mycia.

Czy zaobserwowałam efekt prostowania? Po części tak. Kiedy pozwolę włosom wysuszyć się naturalnie wtedy są mocno falowane i mam fryzurę ala beach look, a z tym szamponem fale było słabe, w większości włosy były proste i nie chciały się kręcić były jednak nieco napuszone. Po wysuszeniu suszarką niestety dalej były trochę zbyt puszyste aczkolwiek istotnie całość była o wiele bardziej gładka niż zazwyczaj, trudno je było zakręcić lokówką, loki się nie trzymały. Generalnie mogę uznać, że obietnica prostowania zostaje spełniona, bo chyba nikt nie łudzi się, że po szamponie włosy staną się gładkie i proste jak po wizycie w salonie.

Nawilżenie i odżywienie jest przeciętne i dla włosów suchych ( a moje wtedy takie były) nie było to wystarczające. Treściwa odżywka jest tu niezbędna. Myślę też, że jest to raczej kosmetyk dla włosów normalnych aniżeli suchych i zniszczonych, napewno nie też do wypadających, bo może jeszcze pogorszyć sytuację. Czy chronił kolor? Nie zauważyłam różnicy, ponieważ stosuję cały arsenał produktów odświeżających i pielęgnujących mój wiśniowy kolor.

Mam mieszane uczucia względem tego produktu. Nie wybaczam plątania i wypadania włosów, ciężko mi je było także ułożyć, bo w czasie dnia także zaczynały się plątać, powstawały kołtuny, a chyba wiecie jaki to koszmar stać w łazience przez dobre kilka minut próbując rozprawić się z poplątanymi włosami tak, żeby szczotka ich nie powyrywała?  Dlatego nie mogę całkowicie polecić tego szamponu, bo jest ryzyko, że zrobi z Waszymi puklami to samo co z moimi.

Testujcie ostrożnie!



Ocena: 2 / 5

Cena: 400ml / ok. 20zł

Dostępność: TU


A jak u Was sprawdzał się ten szampon? 

poniedziałek, 1 lutego 2016

Zużycia miesiąca-styczeń 2016








Jestem z siebie dumna, że w styczniu udało mi się zdenkowac tak dużo! Szczególnie cieszę się, że skończyłam dwie maskary, bo z denkowaniem kolorówki jak dotąd wychodzi najgorzej, ale to wynika tylko i wyłącznie z mojej manii chomikowania, którą już okiełznałam. No przynajmniej trochę:)



1. Eveline Cosmetics- ExtraSoft SOS-multiodżywcze mleczko do ciała do skóry suchej i bardzo suchej

Mleczko tak, ale napewno nie do skóry suchej i bardzo suchej. Raczej do normalnej, lekko przesuszonej. Niezbyt tłuste o niezbyt przyjemnym jak dla mnie chemicznym zapachu, który przywodził mi na myśl coś sztucznie herbacianego. Wolałabym, aby Eveline albo zmieniło tę nutę zapachową albo w ogóle zrezygnowało z dodawania substancji zapachowej.

Mleczko wchłania się dość dobrze, nie jest zbyt tłuste jednak trochę się marze w czasie nakładania i jak zdecydowana większość mazideł do ciała tej marki sprawia, że skóra przez jakiś czas się lepi. To dla mnie dość duży minus. W kwestii nawilżania i odżywiania jest średnio. Owszem skóra jest gładka, miła w dotyku ( kiedy zniknie lepkość!), ale ta mocniej wysuszona nie odczuje dużej ulgi, a wszystko to zniknie już kolejnego dnia lub wieczorem zależy kiedy zdecydujemy się tego mleczka używać. Nieporęczne jest także opakowanie. Butla jest nieprzezroczysta, trudno zauważyć ile ubyło, a kiedy myślałam, że już jest pusta i zajrzałam do środka okazało się, że wystarczyło jeszcze na tydzień smarowania. Dużo lepszy byłby tu słoiczek, może mniej higieniczny, ale zdecydowanie poręczniejszy.

Zużyłam i więcej napewno nie wrócę.

Ocena: 3 - / 5

Cena: 350ml / dostałam

Dostępność: dostałam


2. Joko- Express Yourself Mascara- tusz pogrubiający

TU  nim przeczytacie.

Wychwalałam ten tusz pod niebiosa ciesząc się, że oto za niską cenę mamy polski produkt, który jest tak samo dobry jak zagraniczne maskary i rzeczywiście świetnie pogrubia. To prawda, nie wycofuję się z tego jednak muszę odjąć gwiadkę w dół za to, że konsystencja stała się suchawa i tusz już nie spełniał swojej roli tak dobrze ledwo podkreślając rzęsy, ciężko było się nim malować. W dodaku opakowanie bardzo się porysowało w kosmetyczce, napisały się pościerały, choć w sumie to nie takie ważne i tego nie będę się czepiać. Chciałam kupić ponownie, ale nie zrobię tego za to irytujące wysychanie.

Ocena: 4 - / 5


3. Palmer´s - Baby Butter with vitamin E - nawilżający balsam dla dzieci

Dostałam ten balsam gratis przy zakupie prenumaraty pisma dla mam. Był to mój pierwszy produkt tej marki i wiem, że zbiera ona bardzo pozytywne opinie, więc moja radość z możliwości przetestowania tego balsamu była wielka. Okazało się, że rzeczywiście jest to bardzo dobry kosmetyk i chętnie widziałabym go u siebie ponownie tylko nie bardzo wiem, gdzie go kupić.

Nie używałam go osobiście, ale smarowałam dwójkę pociech. Oboje mają skórę normalną, choć w ostatnich tygodniach kiedy mrozy sięgały poniżej 20 stopni ich skóra przesuszała się i wtedy ten balsam był wybawieniem. Na długo nawilżał, koił i odżywiał szorstką skórę dzieci pozostawiając na niej co prawda wyczuwalny film, ale w niczym to nie przeszkadzało,a  skóra była aksamitnie gładka. Konsystencja przypomina raczej mleczko aniżeli balsam, nie jest bardzo gęsta ani mocno tłusta, ale też nie lejąca. Wielkim autetm jest tu boski kakaowy zapach, który starszego Malucha wyjątkowo zachęcał do smarowania się :)

Co tu dużo mówić. Sprawdźcie same, bo warto!

Ocena: 5 + / 5

Cena: 250ml / dostałam

Dostępność: dostałam


4. Yves Rocher - Sexy Pulp- tusz pogrubiający


TU  o niej przeczytacie.

Zdania nie zmieniłam. To jednak z lepszych jeśli nie najlepsza maskara od YR.


5. R.O.C.S- Mango i Banan-pasta do zębów na nadwrażliwość

Mój problem z nadwrażlwiością zębów trwa nadal, ale według dentysty nie jets bardzo nasilony i wystarczy abym używała odpowiednich past i będzie dobrze. Wspominałam kiedyś, że pasty z fluorem nasilają u mnie te przykre objawy dlatego praktycznie w ogóle z nich zrezygnowałam. Pasty marki ROCS bardzo lubię, kupuję je też dla moich dzieci, więc jak mogłam nie wypróbować wersji na nadwrażliwość?

Pasta ma kolor beżowy i owocowy zapach z wyczuwalną nutą banana i mango i taki sam smak. Jeśli nie lubicie miętowych past będzie Wam to pasowało mnie jednak trochę brakowało miętowego odświeżenia niestety, ale miałam wrażenie, że w ogóle nie umyłam zębów z powodu tego, że właśnie ta pasta prawie w ogóle nie daje uczucia świeżości. Jeśli myłyście zęby owocowymi pastami dla dzieci lub pamiętacie to z dzieciństwa to wiecie o co mi chodzi. Dzieciom to nie przeszkadza,ale dorosłym już tak. Nie mogę jednak narzekać, bo doskonale wiedziałam co kupuję i mogę mieć pretensjie tylko do siebie.

Pasta nie zawiera fluoru, dość dobrze się pieni, choć jednak mniej niż pasty drogeryjne. Dobrze myje i ogólnie sprawia, że zęby są czyste tylko, że brakuje mi tu tego działania przeciw nadwrażliwości. Nie zauważyłam żadnej zmiany na lepsze. Jest jak było co mnie trochę zaskoczyło, ponieważ pasta ta ma bardzo pozytywne opinie i wiele osób potwierdza, że bardzo pomogła zmiejszyć przykry bol wywołany zimne lub gorącem. Cóż u mnie nie dlatego nie kupię jej ponownie. Zachęcam jednak do wypróbowania jeśli macie dość miętowych past.

Ocena: 3 + / 5

Cena: 60ml / 24zł

Dostępność: TU


6. Branam- Xylitol-All Natural Tooth Gel for babies and toddlers- Yum Yum Bubblegum-żel do zębów o smaku gumy balonowej 


Żelu tego używał już kiedyś mój starszy synek. Miał wtedy wersję o smaku winogron, która bardzo lubił. Teraz gumę balonową myłam także pierwsze ząbki drugiego maluszka, bo pasta jest bezpieczna nawet w przypakdu połknięcia, nie zawiera fluoru ani niczego co mogło by zaszkodzić dzieciom. Jest całkowicie bezbarwna o przyjemnym zapachu tytułowej gumy balonowej. Nie pieni się prawie wcale, ale nie jest to minus. Dobrze myje i dba o mleczaki. Czego chcieć więcej?  Polecam wszystkim mamom i dzieciom!

Ocena: 5 / 5


7. Healthy Times-Baby´s Herbal Garden- Sleepy Time Baby Shampoo-szampon dla dzieci na dobranoc

Świetny szampon dla najmłodszych, ale nie tylko same możecie po niego sięgnąć, bo nie zawiera parabenów, sulfatów, konserwantów, ftalanów, BPA, jest odpowiedni dla wegan i dla najbardziej wrażliwej skóry.

Jest praktycznie bezbarwny, a jego kojący zapach od razu mi sie spodobał. Nie pachnie niczym konkretnym, a jednak jest wyjątkowo przyjemny, kojarzy mi się z dzidziusiem:) Skład oczywiście całkowicie naturalny, a jedna szampon dobrze się pieni, nie podrażnia, dobrze się spłukuje. Włoski sią czyste, lśniące i piękne pachnące. Minus tylko za butelkę. Bardzo podoba mi sie jej design, miśki są urocze aczkolwiek chyba nie powinno być tak, że gdy butelka spada z niewielkiej wysokości pompka urywa się i nie da się nic z tym zrobić dlatego musiałam szampon przelać do innego, mniej poręcznej, bo bez pompki. Nie umniejsza to jednak zalet tego szamponiku. Polecam!!

Ocena: 5 / 5

8. Alterra- Migdały i Papaja-olejek do masażu

Pokazywałam Wam ten olejek nie raz, bo jestem od niego użależniona. Uwielbiam, bo nic tak nie nawilża skóry brzucha i biustu, które przeszyły dwie ciąże:)  Jeśli jakimś cudem tego olejka nie znacie to gorąco polecam nawet do olejowania włosów.


9. La Roche Posay- fizjologiczna pianka oczyszczająca do twarzy

Dostałam 50ml tej pianki jako gratis do zakupów i z miejsca się w niej zakochałam! Rewelacja! Wyjątkowo łagodna, a jednak dogłębnie oczyszcza z resztek makijażu ( samego makijażu nią nie zmywałam, bo od tego mam olejki). Jest puszysta o delikatnym zapachu, nie wysusza skóry i myślę, że śmiało mogę ją polecić dla każdego. Jest bardzo wydajna, bo potrzeba naprawdę. Zaopatrzyłam się w pełnowymiarowe opakowanie i wiem, że będzie ich więcej.

Ocena: 6 / 5


10. HIPP- szampon dla dzieci

Napewno znacie ten szampon. Ja w ogóle lubię produkty HIPP. Ten szampon też zużyły moje dzieci. Jest on bezbarwny o przyjemnym aromacie, który mi akurat nie kojarzy się z migdałami, a z zapachem noworodka. Szampon pieni się dobrze, nie plącze włosków, nie wysusza ich, dobrze myje, ma bardzo dobry skład. Lubię i pewnie kupię jeszcze nie raz.

Ocena: 5 + / 5


11. Libero - Baby Wash- żel do kąpieli dla dzieci i niemowląt

Libero to szwedzka marka produkująca pieluszki i chusteczki, a także kilka kosmetyków dla niemowląt, które w Finlandii są dostępne w każdym sklepie. Ten żel otrzymałam w paczce z innymi kosmetykami podczas ostatniego pobytu w szpitalu po porodzie.

Żel jest bezbarwny i zupełnie bezzapachowy i jest to cecha wspólna kosmetyków tej marki. Dość dobrze się pieni, choć mniej niż podobne produkty. Jest wyjątkowo łagodny, dobrze myje i nie wysusza delikatnej skóry, więc polecany jest także u noworodków. Niewątpliwie dobry produkt, choć jakoś nie skusiłam się, aby kupić pełnowymiarowe opakowanie może dlatego, że brak mi tu naturalnych składników?

Ocena: 4 / 5


12. Stem Cells-Revitacell-regenerujący krem pod oczy i na powieki

Nigdy nie słyszałam ani o tej marce ani o tym produkcie. Dostałam go w prezencie i szczerze mówiąc mam mieszane uczucia. TU   przeczytacie o nim nieco więcej. Ja w każdym razie spodziewałam się dużo więcej aniżeli zwykłego nawilżenia i lekkiego odżywiania, które daja popularne kremy z drogerii. Tymczasem to wszystko co ten produkt u mnie zrobił. Nie zauważyłam absolutnie żadnego cudownego działania.

Krem jest dość gęsty i niesamowicie denerwuje w czasie aplikacji, ponieważ zasycha przy ujściu pompki i kiedy nastepnym razem wyciskamy potrzebną ilość najpierw ukazuje nam się zaschnięta porcja kremu. Działo się to za każdym razem, a czyszczenie wylotu aplikatora nic nie dało. Opakowanie powinno być lepiej zrobione tym bardziej, że nie jest to tani kosmetyk.

Nawilżenie owszem występuje. Skóra jest gładka i leciutko rozjaśniona ( naturalnie, nie ma mowy o dodatku  drobinek) i za to niewątpliwie należy się pochwała tylko, że taki efekt dają mi dużo tańsze kremy. Fakt, moja skóra pod oczami nie ma śladu zmarszczek, opuchnięć, cienie są niewielkie i dlatego myślę, że jest to raczej propozycja dla właśnie takiej skóry. Zużyłam, zapomniałam i więcej nie chcę.

Ocena: 4 -  / 5



A jak u Was ze zużyciami? Znacie coś z mojego denka?