poniedziałek, 31 października 2016

Anny- lakier do paznokci nr 044 Mystic Rouge






Bardzo szeroka paleta kolorów marki Anny, a wśród nich piękny, ciemny bordowy nr 044 Mystic Rouge i wiedziałam, że muszę go mieć. Okazało się jednak, że największą wadą lakieru jest jego kiepska trwałość, przez którą waham się czy dać szansę innym kolorom.


Opakowanie: 15ml buteleczka, w której aplikatorem jest dość krótki, nie spłaszony, wygodny pędzelek

Konsystencja: poprostu świetna! Ani za gęsta ani zbyt lejąca i malowanie trwa o wiele krócej niż w przypadku lakierów o tak ciemnej barwie.


Kolor : 044 Mystic Rouge to jak wspomniałam wyżej ciemny bordowy z połyskiem, ale bez jakichkolwiek świecidełek. Z daleka wygląda prawie na czarny. Uwielbiam takie odcienie i ten też wyjątkowo mi się podoba.


Działanie: tu jestem nieco zawiedziona, bo o ile samo malowanie naprawdę trwa u mnie krócej niż w przypadku innych ciemnych lakierów ( zalecam jednak 2 warstwy dla pełnego efektu, choć i tak nie ma tu smug czy prześwitów)  to nie do zaakceptowania jest dla mnie fakt, że tak piękny kolor chamsko odpryskuje już po jednym dniu! W tym czasie nie robiłam nic co by temu sprzyjało, a lakier zabezpieczyłam top coatem żelowym z Wibo ( może to jego wina?) i strasznie mi było przykro, że widziałam nieestetyczne odrapany lakier po tak krótkim czasie. Nic nie dało zakamuflowanie tego, bo za kilka godzin działo się to samo i musiałam sięgnąć w końcu po zmywacz. Za tę cene lakier powinien wytrzymać tydzień!

Na szczęście zmycie go nie przysparza żandych problemów, choć trzeba to zrobić dokładnie i nie spiesząc się, bo inaczej jeszcze kolejnego dnia będzie można zauważyć na paznokciach i skórkach, że nosiłyśmy ciemny lakier.


Mam mieszane uczucia względem lakieru Anny. Myślę,że wypróbuje jeszcze inny kolor dla porównania i z innym top coatem jeśli to cokolwiek mogłoby zmienić. Tak czy inaczej nie jest to lakierowy must have.

Ocena: 2 / 5

Cena: 15ml / zapłaciłam niecale 20zł

Dostępność : kupowałam TU



Dajcie znać co sądzicie o lakierach Anny!

piątek, 28 października 2016

Lanvin- Les Notes de Lanvin III - Ambre Orange








Lanvin jakis czas temu wypuściło linię Les Notes de Lanvin w skład której wchodzi m.in zapach Orange Ambre, a także cała linią kąpielowa o tej samej nucie zapachowej tj. szampon, odżywka, żel do mycia i akcesoria. Ciekawa propozycja prezentowa jeśli tylko jest pakowana w takie opakowania, bo jakoś nie uśmiechałoby mi się nabywanie każdego elementu osobno.

Lubię połączenie ambry z pomarańczą i spodziewałam się, że będzie to zapach ciepły, lekko egzotyczny z delikatną cytrusową nutą jednak nie za bardzo wyraźną. Liczyłam na to, że ambra będzie grała główną rolę. Tymczasem jest dokładnie odwrotnie. To zapach całkowicie orzeźwiający na wiosnę i lato i o ile w linii kąpielowej taki aromat się jak najbardziej sprawdza to już jako perfumy nie za bardzo oczywiście mówię tu o sobie, bo nie jestem miłośniczką cytrusowych zapachów.

Główna bohaterka to słodkawa pomarańcza bez kwasku doprawiona leciutką zieloną herbatą, która jest w typie popularnych zielonych herbat znanych z wielu zapachów, a szczególnie klasyka E. Arden Green Tea. Ambry jest bardzo, bardzo mało. Praktycznie wcale i to dla mnie ogromna wada, bo dzięki niej zapach zyskałby głębię,, byłby ciekawszy i może nawet bardziej trwały, zmienny, a tak mamy świeżaka, który pachnie jak pomarańczowy żel pod prysznic i o ile to w specyfikach do mycia jest napewno ciekawe to już w perfumach mnie nudzi. Owszem można tak pachnieć od czasu do czasu szczególnie w wielkie upały o ile zaakceptujemy niewielka trwałość tej kompozycji, bo po niecałej godzinie nie ma po niej śladu.


To nie jest nic szczególnego. Ot, bezpieczny, miły zapach dla kogoś kto lubi świeże, aromatyczne zapachy. Jestem rozczarowana, bo nie tego chciałam.


Nuty zapachowe: zielona herbata, lotos, ambra, pomarańcza, cytryna


Ocena: 3 / 5

 Cena: 100ml / ?

Dostępność : ?




Znacie ten zapach lub linię kąpielową?

środa, 26 października 2016

Clinique- Lid Pop- cienie do powiek nr 11 Surf Pop




Marka Clinique nie nalezy do moich ulubionych zarówno jesli chodzi i kolorowkę jak i pielęgnację. Co prawda miałam kilka ich kosmetyków, ale ani jeden ( jak narazie) nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia. Te cienie również nie i myślę, że 70zł to zbyt wygórowana cena, bo za dużo mniej znajdziemy cienie lepsze jakościowo, a kolor to nie wszystko.







Opakowanie: jakie jest każdy widzi. Okrągłe pudełko o poj. 2g bez pacynki, lusterka. Wygląda trochę tanio, ale mnie to akurat nie przeszkadza.

Konsystencja: cień jest mocno sprasowany, ale nakładanie go nie przysparza problemów., choć lepiej robić to po zwilżeniu pędzelka wtedy kolor jest bardziej intensywny. Nie osypuje się, choć ma w sobie drobinki, które widać w świetle. Nie są jednak duże.


od lewej cień nałożony na mokro i na sucho





Kolor : nr 11 Surf Pop to bardzo ładny odcień błękitu. Jest morski, głęboki i naprawdę ładnie wygląda. Jak już wspomniałam ma w sobie migoczące drobiny.





Działanie: cienie te można nakładać solo lub mieszać z innymi, ale tylko jeśli macie pod ręką bazę, bo bez niej nie macie po co po ten cień sięgać. Chodzi o to, że bez odpowiedniego zabezpieczenia bazą trwałość tych cieni jest bardzo słaba. U mnie po niecałych 2 godzinach kolor wyraźnie zblakł,a potem zaczął się ścierać, choć nie było to jeszcze aż takie zauważalne. W upały bynajmniej nie jest lepiej dlatego konieczna jest tu baza, a z nią trwałość jest w porządku, choć szczerze mówiąc też jakoś nie powala i cienie nie przetrwały do wieczora, bo musiałam je lekko poprawiać. To ogromny minus, bo tak nie zachowują się cienie nawet z dolnej półki,  a tu proszę - Clinique! Rozcieranie ich i blendowanie to druga sprawa, ponieważ cienie trzeba dokładać. Lubią się zmazywać, znikać i to psuje niekiedy całą zabawę.  Generalnie nie są to cienie pierwszej potrzeby i mówiąc szczerze w perfumeriach w ogóle nie zwracałam na nie uwagi, bo wolę palety, są dla mnie wygodniejsze.

Przeciętny produkt w zbyt wysokiej cenie. Można sprawdzić aczkolwiek nie trzeba.


Ocena : 3 -  / 5

Cena: 2 g / ok. 70zł

Dostępność: online i w stacjonarnych perfumeriach


A co Wy myślicie o cieniach Lid Pop?

poniedziałek, 24 października 2016

Golden Rose - Longstay Liquid Matte Lipstick Kissproof- matowa pomadka w płynie nr 05





Napewno widziałyście, a może nawet macię tę szminkę, bo jest ona obecnie bardzo popularna na blogach. Ja dowiedziałam się o niej późno i to jeszcze przypadkiem buszując w internetowej perfumerii, a że kocham matowe pomadki to nie wahałam się ani chwili zwłaszcza, że niska cena bardzo zachęca. Wybrałam dwa kolory nr 03 i dziś pokazywany 05. Jedyne czego się tak naprawde obawiałam to to, że kosmetyk będzie klejący, bo tego szczerze nienawidzę i gdyby rzeczywiście taki był to skończyłby w koszu. Tak naprawdę to dobra szminka, choć moim zdaniem rewelacyjna nie jest, ale cieszę się, że ją mam. Nie wiem tylko, czy kupię pozostałe kolory.


Opakowanie : 5,5ml buteleczka, aplikator to d wygodna spaszczona gąbeczka, choć szczerze mówiąc przy tym kolorze nie nakłada się tej szminki zbyt łatwo.

Zapach i Konsystencja: według mojego nosa kosmetyk pachnie jakby lekko jagodowo, nie czuć tego aromatu na ustach,a tylko w czasie malowania. Konsystencja jest jak szminki w płynie,ale absolutnie się nie klei! Na ustach praktycznie od razu robi się taka ´´sucha´´ i matowa, w dotyku też właśnie taka jest.

Kolor : na fotce nr 05 nie wydaje się taki ciemny, ale na żywo naprawde jest mocny i jeśli nie lubicie aż tak intensywnie podkreślonych ust to koniecznie przetestujcie ten kolor przed zakupem. Ja go bardzo lubię i wyjątkowo mi pasuje.










Działanie: to całkowicie matowa pomadka, której w żadnym razie nie polecam nakładać w biegu bez lusterka i na suche usta, bo rezultat będzie opłakany. Mówic szczerze to nie aplikuje mi się jej wygodnie i bardzo łatwo sobie nią zrobić krzywdę, ale w dużej mierze to zasługa tego koloru. Konturowka bardzo pomoże i muszę się za taką rozejrzeć.

Pomadka sama w sobie nie wysusza ust, ale też ich nie nawilża, więc jeśli macie je bardzo suche i problematyczne to wcześniej polecam zrobić peeling i nałożyć nawilżający balsam, bo pomadka niestety podkreśli wszystkie niedoskonałości i odstające skórki. Fakt komfortowo się ją nosi, ale moim zdaniem ona nie wytrzyma wszystkiego i nie jest aż tak długotwała.

Trudno ją zmyć niewodoodpornym specyfikiem do demakijażu, lepiej to zrobić dwufazówką, ale co straszliwie mnie zdziwiło po zjedzeniu posiłku ( nie było to nic brudzącego, tłustego itp.) pomadka okropnie starła się w środkowej części ust tworząc na nich tzw. efekt konturówki i poprawka była niezbędna ( dlatego nie polecam jej na randki, bo efekt może być straszny). Zastanawiam się czy tylko u mnie tak było, czy ktoś jeszcze się z tym spotkał, bo nigdzie indziej o tym nie przeczytałam. Może to wada mojego egzemplarza? Picie owszem wytrzyma, ale nie pocałunek i wcale nie mam tu na myśli tego namiętnego, bo po zwykłym buziaku mój mąż był lekko umazany moją pomadką co nie jest zbyt komfortowe i estetyczne. Na szklankach też dopatrzyłam się jej śladów aczkolwiek dużo mniejszych i mniej wyraźnych niż robią to inne szminki. Dlatego moja opinia jest jednoznaczna: to nie jest trwała pomadka typu longlasting! Tak, bez jedzenia, picia, całowania trzyma się dobrych kilka godzin, ale ideałem napewno nie jest. Poza tym naprawdę wkurza mnie jej aplikacja w przypadku tego koloru.

Ciekawy produkt za niską cenę w modnych kolorach i naprawdę warto je sprawdzić jeśli tylko lubicie matowe wykończenie i nie boicie się odważnych barw. Jednak żaden´´ must have´´.


Ocena : 4 - / 5

Cena: 5,5ml / zapłaciłam 18,40zł

Dostępność : kupowałam TU


Używacie tej pomadki? 

piątek, 21 października 2016

Katy Perry - Mad Love




Po ( według mnie) kompletnie nieudanym Mad Potion, który pachnie jak żywcem ściągnięty z Wanilii Yves Rocher myślałam, że panna Perry przystopuje, pomyśli  i albo przestanie wypuszczać swoje perfumowe stwory albo na rynku ukaże się zapach z jej nazwiskiem, który możnaby uznać za dobry i nie będzie on przeznaczony dla małych dziewczynek. Naiwna jestem jeśli tak sądziłam, bo oto mamy nastepnego różowego potworka w postaci Mad Love. Czy ta nazwa odnosi się do jej romansu z Orlando Bloom? Tego nie wiem, ale mogę przypuszczać, że tak, choć reklama i plakaty promocyjne straszą mnie miną Katy jak z kiepskiej komedii romantycznej z głupawą fabułą.

Mad Love też pachnie różowo i choć skład w sumie całkiem mnie zainteresował, bo myślałam, że dostanę słodkawego, pysznego kokosa ( zawsze mnie z tym kokosem nabieraja, no!) to jest to aromat truskawkowo-malinowych landrynek i tylko ich. Nie ma tu  nic poza tym. Wiecie jak takie cuksy pachną? Są mocno owocowe,  kwaśnawe  i lekko barwią język. Można je dostać i na wagę w lokalnych marketach i w przezroczytych paczkach z logo nieznanej firmy. Nie są aż tak bardzo zacukrzone, choć nie da się zjeść więcej niż kilka na raz. To ten zapach!  Mad Love nie przypomina może zapachów Escady, bo jednak tu nie ma zamulającej słodyczy od której boli głowa, ale jednak jest to zapach słodki i jeśli nie lubicie pachnieć jak owocowe landryny to lepiej omijajcie go szerokim łukiem. Nadmiernej chemii jednak tu nie ma i całe szczeście, bo byłoby już niebezpiecznie.

Mocna nuta truskawek i malin nie zmienia się ani odrobinę i od początku do końca jest taka sama, nie dochodzi do niej żadej inny składnik, a szkoda, bo może wtedy nie byłoby tak monotonnie. Jednocześnie mam nieodparte wrażnie, że to perfumy stworzone dla 10latek lub ewentualnie nastolatek lubiących różowe fatałaszki i żarówiasty manicure w tym samym odcieniu. Nie jest poważny, a infantylny i nie wyobrażam go sobie użyć nigdzie indziej niż na spotkanie z przyjaciółkami lub na wycieczkę do lunaparku ewentualnie do szkoły jeśli chodzimy jeszcze do podstawówki albo gimnazjum. W zasadzie nie spodziewałam się żadnej rewelacji i też jej nie otrzymałam, bo to bardzo prosty zapach, bezpieczny i powiem wprost, że dziecinny. Do sprezentowania młodszej córce ( gdybym ją miała),ale nie do noszenia na sobie samej, bo to nie dla mnie.





Flakon bije w oczy bazarowym wyglądem i na żywo jest naprawdę nieładny. Natomiast parametry mnie zaskoczyły, bo o ile poprzednia wersja trzymała się gorzej niż mgiełka zapachowa o tyle Mad Love czuć doskonale i  dość długo ( u mnie ok. 4 godz) i to niewątpliwa zaleta.

Nie jest to może nieudana propozycja zapachowa, bo nie powiem, żeby zapach był brzydki czy mnie odrzucił, ale ja szukam czegoś bardziej ambitnego choć słodziakami nie pogardzę i ktoś się pewnie zaśmieje, że podoba mi się coś takiego jak Fantasy, a już Mad Love nie. Może i tak, ale Mad Love naprawdę niczym się nie wyróżnia i utonie w morzu zapomnienia tudzież rozpuści się jak różowe cukierki zapomniane w nagrzanym aucie i nikt nawet tego nie zauważy.

Zachęcam jednak do testów, bo na ciepłe dni dla tych z Was, które lubią pachnieć poprostu słodko owocowo może to być strzał w 10.


Nuty zapachowe:

nuty głowy: sorbet jabłkowy, truskawka,  różowy grapefruit

nuty serca : Lamprocapnos spectabilis, czyli kwiat zwany serduszka okazałe, piwonia, jaśmin

nuty bazy: piżmo, drzewo sandałowe, kokos


Ocena : 3 - / 5

Cena: 100ml / ok. 110zł, w Finlandii jest dostępne jedynie 30ml za 30€

Dostępność : perfumerie online i stacjonarne



Testowałyście już Mad Love?

poniedziałek, 17 października 2016

Dove - DermaSPA- Goodness3- balsam do ciała nawilżający, wyrównujący koloryt skóry







Nie pamiętam kiedy ostatni raz sama kupiłam coś marki Dove. Nie przepadam za jej kosmetykami i wbrew temu co krzyczą w reklamach mojej skóry te produkty nie nawilżają. Miałam kiedyś balsam do ciała tej firmy w bordowym opakowaniu, dawno wycofany i jedynie on spełniał moje wymagania kiedy potrzebowałam czegoś mocno nawilżajacego i odżywczego na 30st mrozy. Od tego czasu nie sięgam już po Dove ani w kategorii produktów do włosów ani ciała. Oczywiście te produkty przychodzą do mnie z innych źródeł i zawsze wtedy kręcę nosem, bo naprawdę nie chce mi się ich używać, ale ciekawość wygrywa i właśnie dlatego zdecydowałam się wypróbować balsam z linii Goodness3, który dostałam w jednym z Livboxów. No cóż, tak jak podejrzewałam to nie jest dobry kosmetyk, a przynajmniej nie dla mnie.


Opakowanie: miękka 200ml tuba z której ´´pod światło´´ da się sprawdzić ubytek produktu

Zapach i Konsystencja: podczas wyciskania preparatu wydaje się on średnio gęsty, ale tak naprawdę jest lekki, mnie przypomina lotion, a nie balsam. Pachnie słodkawo - owocowo i ten aromat jest wyczuwalny, może drażnić, przechodzi też na ubrania, piżamę. Mnie nie za bardzo odpowiada, czuję w nim coś sztucznego.



Działanie: nie bardzo rozumiem o co chodzi z tym wyrównaniem kolorytu skóry, ale kompletnie nic takiego nie zauważyłam. Co więcej nie jest to kosmetyk do skóry suchej jak poleca producent, a do normalnej z racji tego, że naprawdę słabo nawilża, a bardziej wygładza dzięki zawartym silikonom, które niestety są na wysokiej pozycji w składzie.

Balsam / lotion jak wspomniałam jest lekki i dzięki temu nadaje się przede wszystkim na dzień, a że szybko się wchłania to możemy praktycznie od razu się ubrać. Niestety na skórze pozostawia warstwę podobną do tej, którą czuję nakładając silikonową bazę pod makijaż ( nie cierpię tego uczucia!). Jeśli ktoś to lubi to ok, ale według mnie balsam nie powinien tego robić. Dzięki dawce silikonów skóra owszem jest nienaturalnie wygładzona tylko, że kosztem nawilżenia, ponieważ jest ono jedynie powierzchowne i krótkotrwałe. Mam skórę normalną, którą mogę smarować co drugi, a nawet trzeci dzień i nie dzieje mi się nic złego, aczkolwiek ten kosmetyk nie spełnia moich wymagań. Nie jest też dobry na zimne pory roku, gdy grzeją kaloryfery, bo nie przynosi ulgi suchej skórze. Myślę, że bardziej nada się do użytku latem tylko, że działanie jest tak przeciętne, że szkoda wydawać te 17zł na coś takiego skoro za dużo mniej można mieć produkt, który mocno odżywi i nawilży potrzebującą skórę, a nie będzie silkonowym ´´nie wiadomo czym´´.

Dodatkowo balsam jest niewydajny, bo używam go dopiero od dwóch tygodni, nawet nie codziennie, a już jest go mniej niż połowa w opakowaniu. W sumie to dobrze, bo nie będę się musiała z nim męczyć. Niemniej według mnie to nie jest balsam nawilżający, a lotion wygładzający dla którego nie widzę przeznaczenia. Nie zachęcam do zakup, nie warto.

Ocena : 1 / 5

Cena: 200ml / ok. 17zł

Dostępność : m.in w Rossmanie


Jak u Was spisuje się ten balsam?

piątek, 14 października 2016

Avon- Femme Icon








Zeszłoroczna premiera Avonu, czyli Femme Icon. Koszmar zamknięty w dość ładnym flakonie przypominającym diament. To zapach tak nieudany, tak zły, że absolutnie nikomu go nie polecę. Gdyby postarano się tu o lepszej jakości składniki to całość może dałoby się znieść, a tymczasem wyszło z tego chemiczne straszydło.

Początek jak i środek i baza są mocno owocowe. Rządzą tu maliny i truskawki, ale nie prawdziwe. To aromat malinowej i truskawkowej oranżady w proszku, wiecie tej którą wszyscy wyjadali z paczuszki palcem zamiast mieszać zawartość z wodą :D Następnie dochodzi paczula w wersji instant. Czemu instant? To nie jest prawdziwa paczula, a jej nienaturalny twór, który możnaby zalać wodą i zrobić z niej ´´gorący kubek´´, ta paczula aż bije sztucznością. Jakieś inne nuty? Nie ma. Femme Icon w ogóle nie ewoluuje tylko poraża oranżadowo truskawkowo malinową słodyczą z plastikową paczulą i ta słodycz jest wyjątkowo odpychająca i ciężka do wytrzymania szczególnie w cieplejsze dni choć i zimna porą chciałam jak najprędzej pozbyć się tego zapachu ze skóry, bo myślałam, że oszaleję.

Kompozycja pachnie poprostu´´ tanio´´ i tandetnie i naprawdę nie wiem dla kogo została stworzona i po co skoro wyraźnie czuć, że coś tu poszło nie tak albo perfumiarz nie wiedział co robi. Jeśli zastanawiacie się czy kupić flakon prosto z katalogu to zdecydowanie odradzam bez testów, bo można się ciężko zdzwić. To nie jest nic miłego. Wstrętna owocowa paczula z konserwantami, polepszaczami i innym świństwem.


Nuty zapachowe:

nuty głowy : maliny, truskawki

nuty serca: irys, róża

nuty bazy: paczula, piżmo



Ocena : 0 / 5

Cena: 50ml / w zależności od promocji w katalogu ok. 70zł

Dostępność : katalog, aukcje



A jak Wam, podoba się Femme Icon?

środa, 12 października 2016

Soraya - SPF 25 ochronny krem do twarzy









Lato za nami. Tutaj nie było zbyt gorące. W zasadzie chyba tylko 2-3 tygodnie były naprawdę słoneczne, a upałów nie było w ogóle. Jak co roku wybierałam dla siebie dobrą ochronę filtrową  i do ciała używałam 50tki Piz Buin, a do twarzy kremu Soraya SPF 25. Obawiałam się go, bo nie mam dobrego doświadczenia z filtrami do twarzy. Przodują bielące tłuściochy, które pozostawiają twarz jak po nasmarowaniu kostką smalcu. Naprawdę ciężko jest znależć dobry krem z porządnym filtrem, który by matował, a jednocześnie nie wysuszał. Rok temu wychwalałam matujący Vichy SPF 50, ale po dłuższym używaniu okazało się, że mnie zapycha, więc go odstawiłam i szukam ulubieńca. Krem Sorai zaskoczył mnie pozytywnie.


Opakowanie : 50ml nieprzezroczysta tubka, mała, poręczna, zmieści się w każdej torbie

Zapach i Konsystencja: średnio gęsta, lekko perfumowana




Działanie : na początku się przeraziłam, bo zaraz po nasmarowaniu poczułam na skórze tłustawy film, a tego nienawidzę. Jednak ku mojemu zaskoczeniu wchłania się on tak, że po tłustości nie ma śladu i można bez obaw nakładać podkład. Oczywiście cera nie jest absolutnie matowa, ale nie mogę nazwać tego tłustością. To taki efekt jaki dają lekkie, nawilżające kremy na dzień. Wielką ulgę poczułam, gdy okazało się, że krem w żadnym stopniu nie bieli, a to zmora wielu filtrowców. Skóra jest po nim gładka i odpowiednio nawilżona i w ciągu dnia nie przetłuszcza się praktycznie wcale. Oczywiście mówię tu o sobie, bo nie wiem jakby to było w przypadku cer tłustych , ale u normalnych z lekką tendencją do błysku jest jak najbardziej w porządku.

Nie wypowiem się jak ten produkt spisuje się w upały, bo nie miałam okazji go wtedy wypróbować. Słońce w tym roku nie dopisało, nie było gorąco, więc nie wiem. Wierzę jednak producentowi na słowo, że ten krem ma działanie chroniące. Używam go od lipca i nie zaobserwowałam, by zapychał pory, nie ma też w składzie parafiny ani jej pochodnych co też mnie zaskoczyło, bo jednak producenci nawet najdroższych kosmetyków bardzo lubią dodawać to świństwo i wciskać, że od tego cera promienieje blaskiem i ogólnie ma się lepiej.

Ogólnie to bardzo dobry filtr przede wszystkim dla cer normalnych, mieszanych i suchych. Świetny jako baza pod makijaż. Koniecznie wypróbujcie!

Ocena: 5 -  / 5

Cena: 50ml/ ok. 15zł

Dostępność : m.in Rossmann



Znacie ten krem?

poniedziałek, 10 października 2016

Październikowy Livbox 2016



Nie tak dawno narzekałam na zawartość jednego z Livboxów. Niestety październikowy okazał się o wiele gorszy. Nie wiem czy nie można było się bardziej postarać i dodać choćby jeden pełnowymiarowy produkt, a nie same miniatury i próbki?! Żenujące! Nic, kompletnie nic mi z tej paczki nie odpowiada tym bardziej,że maseczkę Loreal mam w pełnowymiarowym słoiczku, więc po co mi ta próbka? Oby kolejny Livbox okazał się lepszy od tego.


Zobaczcie co znalazło się w tej paczce :




1. Palmolive - Smooth Delight -mleczko pod prysznic 50ml 

2. Vichy- Purete Thermale- odświeżający żel oczyszczający do twarzy 3ml

3. Morroccanoil-olejek do włosów  10ml

4. Lumene- Lähde-3w1 płyn micelarny do twarzy 50ml

5. Tresemme - Heat Defence- spray termoochronny do włosów 60ml

6. Loreal- Pure Clau Purity Mask - glinkowa maska oczyszczająca z eukaliptusem  7ml 

7. Ibero- pędzelek do blendowania cieni




Znacie coś z tej paczki?


piątek, 7 października 2016

Stella McCartney - POP









Przyznam, że nie znam zapachów Stelli. Nie interesują mnie, nie ślędzę ich, bo składowo to nie jest to co lubię. Jednak kiedy zobaczyłam flakon POP w mojej lokalnej perfumerii pomyślałam, że nic nie stoi na przeszkodzie, żeby sprawdzić co kryje się w środku. Wstydzę się sama przed sobą, że nawet chciałam szybko lecieć do kasy i zakupić 30tkę po nieprzyzwoicie wysokiej cenie ( tak tu to norma,że w perfumeriach są wyłącznie flakony 30ml po cenach jak za 50 lub nawet 100 ml! ), ale coś mnie tknęło i zrezygnowałam. Ten flakon z różowym sprayem ( korka się nie zdejmuje) nie dawał mi jednak spokoju i raz jeszcze chciałam go kliknąć w największej tym razem pojemności i prawie to zrobiłam, ale w zamówieniu coś poszło nie tak i flakonik sam usunął się z koszyka i myślę, że to był znak, żeby jeszcze raz zastanowić się czy napewno chcę dołączyć POP do swojej kolekcji. Teraz już wiem, że nie i wstyd mi, że zawładnął mną jakiś szał, czy to było chwilowe zaćmienie umysłu, ale cieszę się, że jednak nie zdecydowałam na zakup, bo bym żałowała.

W internecie pełno zachwytów i ja też na początku byłam oczarowana, a obecnie zastanawiam się co mi się niby tu tak spodobało, bo zapach raz, że się prawie wcale nie rozwija to jest bardzo bezpieczny i poprostu typowy, zero w nim oryginalności.






Według składu przywitać ma nas mandarynka z liśćmi fiołka i pomidora. Tymczasem ja wyczuwam bardzo mocną nutę soczystej nektarynki i ten zapach jest nie do pomylenia z niczym innym. Jest intensywnie owocowy i nie brzmi chemicznie. Tuberoza owszem jest tutaj w parze z plumerią, ale oba te kwiaty są nieśmiałe, chowają się , rumienią i nie chcą za bardzo wychylać zostawiając pole do popisu nektarynce ( w dalszym ciągu nie ma tu śladu po nutach głowy, które opisuje producent). Pod koniec zapach robi się dziwnie mydlany za sprawą piżma i to najmniej mi się podoba. To wszystko, absolutnie wszystko. POP przechodzi z nut głowy do bazy zaskakująco szybko, choć od początku do końca czuję tu tę nektarynkę co mocno mnie dziwi, ale i nudzi, bo ileż można?  W konsekwencji zapach mało co się zmienia, jest zbyt prosty i napewno nie urazi nikogo. Nie ma w nim żadnej jadalnej słodyczy, a świeżość, młodzieńczość, lato w krótkich sukienkach , sandałach i ciepły deszcz.

Kampania reklamowa z córką Madonny, Lourdes idealnie tu pasuje, bo tę kompozycję widzę przede wszystkim na nastolatkach, choć oczywiście perfumy targetu wiekowego nie mają i wiele osób powinno to sobie przyswoić. POP jest taki beztroski jak rozbrykana nastolatka, która tu pokazuje język, farbuje włosy na różowo, aby za chwilę płakać z powodu nieszczęśliwej miłości. Jakkolwiek jest to zapach sympatyczny i z pewnością mogłabym go nosić latem lub wiosną, ale nie więcej niż kilka razy i nie na ważne okazje, a jedynie na codzień. Nie rozumiem jednak tak wysokiej ceny i ogólnych ochów i achów, bo w tym zapachu tak naprawdę nie ma nic totalnie urzekającego by biec na ślepo i wrzucać do koszyka. Parametry rówież mogłby by być lepsze, ja nie czuję już nic po ok. 2,5godz.


Przetestujcie jednak jeśli lubujecie się w lekkich, owocowych zapachach i pamiętajcie, żeby nie testować na szybko jak ja:)

Nuty zapachowe:

nuty głowy: liście pomidora, liście fiołka, zielona mandarynka

nuty serca: fiołek, tuberoza, plumeria

nuty bazy: drzewo sandałowe, cedr, piżmo


Ocena: 3 + / 5

Cena: 100ml / ok. 80€, w Finlandii 30ml kosztuje 60€, 50ml 75€ , setki tu nie ma

Dostępność : wydaje mi się, że w Polsce te perfumy nie są dostępne. Tu można je dostać w Sokos Emotion


A jak Wam podoba się POP?

środa, 5 października 2016

Zużycia miesiąca- wrzesień 2016



Nie lubię jesieni, a pojawiła się ona tu już kilka tygodni temu i dni są coraz zimniejsze i krótsze. Rankiem jest jeszcze ciemno, a późnym popołudniem już robi się szaro, więc to dodatkowo działa niekorzystnie na samopoczucie. Zauważam też, że o tej porze roku kupuje najwięcej kosmetyków i zapachów, a przynajmniej więcej niż latem i wiosną. Nie wiem z czego to może wynikać. Póki co oto co zużyłam we wrześniu ( od lewej) :





1. Schwarzkopf- Bonacure - Moisture Kick-szampon nawilżający do włosów


Na pierwszy ogień idzie szampon nawilżający ze znanej mi serii Bonacure. Co prawda to tylko 12ml próbka, ale chyba nie kupię pełnowymiarowego opakowania, bo teraz w głowie plącze mi się Kerastase Discipline i myślę, że to będzie strzał w 10. Co mogę powiedzieć o Moisture Kick to to, że szampon jest biały, średnio gęsty i ładnie świeżo pachnie. 12 ml wystarczyło mi na jedno użycie na włosy długie do połowy pleców. Szkoda, że nie na więcej, ale z szamponami mam tak, że po jednym użyciu wiem czy to bubel czy nie. Ten bublem napewno nie jest aczkolwiek nie widzę w nim nic specjalnego. Owszem w trakcie mycia czuć, że szampon nawilża, bo włosy nie są poplątane i szorstkie jednak jeśli ktoś uważa, że odżywkę może sobie darować to nie jest to prawda, a szczególnie nie w przypadku włosów mojej długości, które mają wkurzającą tendencję do plątania się. Plusem jest to, że włosy są lekkie, sypkie i w ogóle nie obciążone. Ot dla mnie normalny szampon tyle tylko, że rzeczywiście nawilża. Myślę, że można go wypróbować.


2. Eveline Cosmetics- SPA! Professional- Argan & Vanilla-  luksusowe masło do ciała

To bodajże moje trzecie opakowanie tego masła i to bynajmniej nie dlatego, że tak bardzo je lubię. Poprostu wszystkie opakowania dostałam do przetestowania, a to gdzieś mi się zapodziałoi niedanwo je znalazłam, a że miało jeszcze dobrą date ważności to czym prędzej je zużyłam. Nie przepadam, ale też nie uważam, żeby to była jakaś kosmetyczna tragedia.

Więcej o tym produkcie poczytacie TU


3. I love - Pink Marshmallow -żel pod prysznic o zapachu pianek marshmallow 

Jeśli tak jak ja uwielbiacie pianki, te miękkie, cukrowe pyszności to ten żel napewno Wam się spodoba. Opakowania sa dwa, ja akurat miałam 500ml, które było bardzo wydajne. Sam żel ma kremową konsystencję i jest w kolorze różowym. Wygląda to wyjątkowo estetycznie,a  jeśli dodać do tego upajający zapach pianek, który w ogóle nie razi chemią i jest bardzo realistyczny to mam żel idealny. Nie wysusza ( choć też nie nawilża), dobrze się pieni i zostawia subtelny zapach na skórze. Bardzo go polubiłam i zaopatrzyłam się w inne warianty zapachowe.


4. Cien- Forgotten Flowers- Osmanthus-mydło w do rąk w płynie o zapachu osmantusa

Te kwiatowe mydła do rąk ( są bodajże 4 warianty zapachowe) znalazłam w Lidlu za 1€ i postanowiłam sprawdzić co to może być, chociaż trzymam się z daleka od tanich, drogeryjnych mydeł, bo skóra moich dłoni ich nie znosi. Jako pierwszy do użytku poszedł ten w pomarańczowym opakowaniu o zapachu osmantusa. Nie wiem jak ten kwiat pachnie, ale moim zdaniem to mydło ma aromat kwiatu pomarańczy. Jest przezroczysto- pomarańczowe i dobrze się pieni. Myje tak jak powinno, ale niestety wysusza mi dłonie i muszę po nim użyć kremu. Normalne mydło bez fajerwerków.



5. Bi-Es- Hot Wheels Speed Club-szampon i żel do mycia dla dzieci o zapachu kokosowo-ananasowym

 Ten żel dostałam dla swojego starszego synka, który lubi zapachowe żele do mycia. Ten akurat wbrew nazwie nie pachnie dokładnie ani kokosem ani ananasem, a przynajmniej nie dosłownie. To bardziej taki mleczny kokos, ale bardzo delikatny, czuć go jednynie w trakcie mycia. Sam żel ma bladoniebieskie zabarwienie i obficie się pieni. Nie podrażnia, a tego obawiałam się najbardziej, nie wysusza, choć i nie nawilża, ale do skóry normalnej i bezproblemowej jest odpowiedni. Można wypróbować jesli lubicie takie połączenia zapachowe.



6. La Roche Posay -Effeclar Mat- matujący krem do twarzy

Moje drugie opakowanie tego kremu i uważam, że to najlepszy matujący krem jaki jest dostępny na rynku, a wiem co mówię, bo przetestowałam ich bardzo wiele. Jeśli macie tłustą bądź mieszaną cerę,a także normalną, która lubi czasem pobłyszczeć to czym prędzej lećcie do apteki po Effeclar Mat! Idealnie sprawdza się latem w upały ( przetestowany w 35st). Jest lekki i bardzo szybko się wchłania nie zostawiając żadnej warstwy tzn ani tłustej ani pudrowej. Poprostu na skórze go nie czuć, a matuje od razu. Moja cera nawet w trudnych warunkach jest zmatowiona na cały dzień. Świetny pod makijaż, niekomodogenny. Nie znalazłam w nim ani jednej wady. Dla mnie hit w kategorii kremów matujących!

7.Colgate- Max White- Expert White- wybielająca pasta do zębów

75ml opakowanie znalazło się w jednym z Livboxów i postanowiłam sprawdzić jak się ma obietnica producenta o wybieleniu w 5 dni. Oczywiście wiem, że to bujda, bo żadna pasta nie wybiela, a jedynie usuwa przebarwienia,ale jako, że pijam dużo herbaty ( głównie zielonej i naturalnej owocowej, do śniadania tylko czarną bezcukrową) to możnaby przeprowadzić test. Jeśli śledzicie mój blog to może pamiętacie, że nie znoszę past z fluorem, bo po nich moja nadwrażliwość jeszcze się wzmaga i tego obawiałam się w przypadku pasty Colgate. Mimo wszystko nie było tak źle, a nawet mogę śmiało tę pastę polecić, choć ja już do niej nie wrócę, bo to był jednorazowy eksperyment.

Pasta jest przyjemnie miętowa i ta mięta na długo odświeża oddech, a sama konsystencja jest tym razem biała. Pasta bardzo mocno się pieni co dla jednych będzie plusem,a inni nie będą zadowoleni. Wiadomo to pasta drogeryjna, więc jej skład nie jest najlepszy. Dobrze myje, choć niestety nie nadaje się dla osób z nadwrażliwością, bo czułam w trakcie mycia, że moje zęby jej nie lubią. Problem jednak nie pogłębił się i nie był bardziej uciążliwy niż zwykle. A teraz najważniejsze: czy pasta wybielaw 5 dni? Nie, ale rzeczywiście usuwa przebarwienia np. z herbaty i sama to zauważyłam pomimo tego, że z natury zęby mam dość białe. Z tego względu myślę, że mogę ją polecić jeśli oczywiście tolerujecie pasty z fluorem.

8. NB Nuage- Baby-łagodny i delikatny płyn do kąpieli dla dzieci

Strasznie ciężko znaleźć mi tu płyn do kąpieli dla małych dzieci, więc kiedy natrafiłam na ten od razu wrzuciłam go do koszyka, choć obawiałam się co to będzie, bo marka kompletnie mi nie znana. Tymczasem płyn rzeczywiście jest łagodny i śmiało można go używać nawet u niemowląt. Jest bezbarwny, robi lekka piankę, którą trzyma się kilka minut po czym opada i pachnie przyjemnie, lekko´´ dzidziusiowo ´´. Pozytywne zaskoczenie!

9. Garnier- Skin Naturals- Pure Active Fruit Energy- peelingujący żel do mycia twarzy do skóry tłustej z niedoskonałościami.

Miałam już kiedyś ten żel i nie zauważyłam, że nawet zakupiłam dwa opakowania w sumie nie wiem po co skoro jest on bardzo przeciętny. Przede wszystkim jest niesamowicie rzadki i przez to wypływa z tuby. Przezroczysto- pomarańczowy o chemicznym zapachu  pomarańczowej oranżady w proszku, a w środku ma zatopione małe kuleczki, które masują, ale napewno nie peelingują i nie ma z nich żadneog pożytku. Myć myje, choć podkładu nie domywa, bo płatek z micelem to rzecz obowiązkowa, a poza tym moja normalna skóra z tendencją do błyszczenia była po tym żelu nieprzyjemnie ściągnięta. Moim zdaniem to nie jest dobry produkt.



10. Laboratorium Kosmetyczne Dr Irena Eris - DNA Protect/ wzmacniający krem nawilżający pod oczy

 Przeczytacie o nim TU

Cieszę się, że nareszcie go zużyłam, bo to bardzo przeciętny krem, po którym nie widziałam żadnych większych efektów.

11. Mixa- Baby- łagodny szampon i płyn do kąpieli 2w1

Lubię ten żel, a teraz do kąpieli mojego młodszego synka używam wersję z olejkiem,która jest równie dobra. Wersja, którą właśnie zużyłam to dość rzadki, bezbarwny żel o dość dziwnym zapachu, który nie za bardzo mi odpowiada, ale nie jest chemiczny. Kosmetyk pieni się dość dobrze, nie podrażnia, nie przesusza. Więcej nie wymagam. Polecam z pełnym przekonaniem nie tylko dla dzieci.


Opuściły mnie: 

- Davidoff Hot Water flakon 60ml z małym ubytkiem. Niestety nic mi się w tym zapachu nie podoba, a w dodatku jest strasznie nietrwały.



Znacie coś z mojego denka?

poniedziałek, 3 października 2016

Makiash- lakier do paznokci nr 01 Clear Red













Lakier ten pochodzi z jednego z  Livboxów. Marka dla mnie kompletnie nieznana, jej produkty można kupić tutaj online, ale ja się nie skuszę. Paleta barw  lakierów i kolorówki jest wyjątkowo skąpa i nie wiem czym producent chce przyciągnąć klientki, bo tak słabymi, oklepanymi kolorami to będzie raczej ciężko.

Mnie trafiła się klasyczna czerwień ( nie wiem czy w innych boxach były inne odcienie?) i jakkolwiek lubię czasem ponosić taki manicure to w tym wypadku ta czerwień w ogóle mi się nie podoba. Generalnie lakier jest według mnie słabej jakości i napewno sama bym go nie kupiła. Zastanawiam się nawet nad jego wyrzuceniem.



Opakowanie : 10ml buteleczka, a w środku dość długi, tradycyjny pędzelek

Konsystencja : bez zarzutów, bo ani za gęsta ani za rzadka, a lakier nie robi smug ani prześwitów. Jedna warstwa daje nasycony kolor.

Kolor:  nr 01 ( na mojej buteleczce pisze 301, ale takiego wśród lakierów tej marki nie ma, więc to chyba pomyłka) Clear Red na stronie producenta wydaje się czerwienią pomidorową, klasyczną, a tak naprawdę jest o ton ciemniejsza i ma coś takiego w sobie, że mi nie odpowiada. Nie wygląda estetycznie także dlatego, że brak jej połysku.

Działanie: lakier nakłada się dość dobrze, ale trzeba przy tym trochę się wysylić, bo lubi brudzić skórki i myślę, że jest to wina tego pędzelka. Lepszy byłby zupełnie płaski jak w lakierach Rimmel. Czas schnięcia jest też dość długi, a przynajmniej lakier nie należy do tych co schnie w 2 sekundy o czym przekonałam się po 3 minutach kiedy przypadkowo dotknęłam paznokcia i lakier niby był suchy, ale nie stwardniał do końca. Lubią się na nim tez odbijać wzroki z pościeli co jest dodatkowo denerwujące.

Dwie warstwy w zupełności starczą, a mimo to manicure wcale nie wygląda efektownie. Poprostu zwyczajnie i nie polecam tego odcienia na ważne wyjścia, można go używać na codzień. Także trwałość jest bardzo słaba, bo lakier po niecałych dwóch dniach nosił już mocne ślady odprysków. Niestety zmywanie to porażka, bo lakier rozmazuje się jak oszalały i żeby go dokładnie domyć potrzebowałam aż trzech wacików,a i tak jeszcze na drugi dzień było widać, że wcześniej malowałam paznokcie czerwienią.

Na koniec coś co mnie poraziło chyba najbardziej, a mianowicie cena. Ten lakier na stronie producenta kosztuje 43zł i uważam, że to gruuba przesada, bo jego jakość jest porównywalna do najtańszych lakierów kioskowych, a czasem i te są o niebo lepsze. Nie rozumiem za co tak wysoka cena, bo za tyle ( albo i za mniej) możemy dostać Essie lub tym podobne produkty, a nie coś co jest tak beznadziejne.

Nie polecam, nie warto.


Ocena : 1 / 5

Cena: 10ml / 43,50zł

Dostępność : online


Znacie markę Makiash?