poniedziałek, 28 listopada 2016

Lumene Arctic Glow- Lip Oil- olejek do ust nr 100 Shine






Olejek do ust? Szczerze mówiąc nigdy o czymś takim nie słyszałam. Gdzieś tam na szybko przeczytałam, że chyba takie cudo w ofercie ma bodajże marka Clarins i Lancome, ale nie przekonało mnie to do wypróbowania. Olejki owszem uwielbiam, ale miałam wrażenie, że te do ust będą takie same jak sławne kioskowe błyszczyki z kulką, które używało się we wczesnych latach podstawówki, a które były tłuste, rozlewały się, wysuszały i nie trzymały się dłużej niż kilka minut. Kiedy więc otrzymałam egzemplarz Arctic Glow Lip Oil w Livboxie miałam mieszane uczucia. Jaki jest ten olejek i czy to rzeczywiście olejek? Czytajcie dalej :)


Opakowanie: 8ml buteleczka wyposażona w wyprofilowaną gąbeczkę, dzięki której olejek nakłada się wygodnie

Zapach i Konsystencja: kosmetyk jest bezzsmakowy i bezzapachowy i nie jest stricte olejkiem. To bardzo lekki błyszczyk, który w żadnym razie się nie klei i nie spływa z ust. Jest na nich wyczuwalna delikatna jego warstwa

Kolor : do wyboru mamy bodajże tylko 2 kolory nr 100 Shine, czyli mój mocny róż, który tak naprawdę jest całkowicie bezbarwny oraz pomarańcz też nie barwiący ust. Moim zdaniem to trochę bez sensu robić produkt w wariantach kolorystycznych kiedy tak naprawdę olejek jest transparentny.







Działanie: jak wspomniałam według mnie to nie jest olejek, ale też nie typowy błyszczyk, bo jest lekki i komfortowy w noszeniu zarówno latem jak i zimą. Nie oblepia warg i można go używać zamiast balsamu co sama czynię. Owszem nie wysusza ust i chyba trochę je nawilża, ale nie może być traktowany jako remedium na spierzchnięte i bardzo suche usta.

Nadaje ustom lekko mokrego wyglądu aczkolwiek jest to raczej naturalne i nie wygląda jak w typowych błyszczykach. Nie ma tu efektu´´ tafli lustra´´ ani żadnych innych bajerów. To raczej zwykły bezbarwny błyszczyk i szczerze mówiąc nie widzę w nim nic ciekawego, a jego bezbarwność to dla mnie wada, bo mógłby choć minimalne dawać kolor. Trwałość jest słaba. Nie wytrzymuje starcia z jedzeniem czy piciem,a  i bez tego ściera się po ok 45min do godziny, a przy mówieniu jeszcze szybciej.

Wiem, że sama bym tego kosmetyku nie kupiła, bo nie lubię ( już) błyszczyków. Jestem też pewna, że drugiego egzemplarza nie chcę, ponieważ to bardzo przeciętny produkt nie wart tych 13€ ile kosztuje w Finlandii. Bezbarwny bardzo subtelnie połyskujący olejko- błyszczyk . Jesli czegoś takiego szukacie, bo nie lubicie koloryzować ust i wolicie make up no make up to jest to coś dla Was w przeciwnym razie można sobie darować zakup.

Ocena: 3 / 5

Cena: 8ml / ok. 13€

Dostępność : tu jest wszędzie w szafach z kolorówką Lumene


Znacie już Arctic Glow Lip Oil?

piątek, 25 listopada 2016

Trussardi - Donna 2011





Poznałam ten zapach w roku premiery. Rok wydania tej kompozycji, czyli 2011 był dla mnie jednym z najszczęśliwyszych wszak po raz pierwszy zostałam mamą. Dobrze więc pamiętam kiedy weszłam do perfumerii, zauważyłam ten biały flakon ze złotym korkiem, psiknęłam i... od razu chciałam kupić. Przypominam sobie, że dzień był chłodny, nadchodziła jesień, a ja pachniałam świeżym sokiem z owoców egzotycznych i pomarańczami. Ten zapach był tak kobiecy i zarazem energetyzujący, że nie mogłam przestać o nim myśleć, ale porzuciłam zamiar kupna, bo cena za najmniejszą pojemność w mojej perfumerii ( a tu występują tylko 30tki) była zbyt wysoka. Potem poprostu o nim zapomniałam by następnie dowiedzieć się, że jest on prawdopodobnie już wycofany i zrobiło mi się przykro, że jednak wtedy nie wrzuciłam go do koszyka postanowiłam jednak przypomnieć sobie jak pachnie Trussardi Donna i zaopatrzyłam się w kilka próbek i odlewek by przekonać się, że miłości między nami nie ma. To było krótkie zauroczene i dobrze się złożyło, że jednak flakon nie dołączył do mojej kolekcji


Kompozycja jest bardzo owocowa, ale te owoce kojarzą mi się dokładnie z sokiem multiwitaminowym w którym nie ma zbędnego cukru, a tylko naturalny z owoców. Są one dobrze zmiksowane, choć z daleka wyczuwam nuty świeżej, soczystej i co najważniejsze naturalnej pomarańczy i subtelną, nie duszącą brzoskwinię ( i tu mega zdziwienie, bo przecież tych składników nie ma w składzie, a jednak ja je wyraźnie czuję!) i tu też jest to całkowicie naturalny owoc, a nie żadne jego pudrowe odsłony. Do nich dołącza delikatna, słabo zaparzona herbata jaśminowa podana w małej, białej filiżance z porcelany. Inne składniki pewnie się pojawiają, ale osobiście ciężko mi je wyczuć i wspomniane trio to dla mnie podstawowe składniki Trussardi Donna.

Możnaby pomyśleć, że nie jest to nic specjalnego, bo co niezwykłego może być w pomarańczy z brzoskwinią i  herbatą jaśminową? Ano może, bo kompozycja jest świeża, jednocześnie też soczysta, kobieca. Czuję się w niej bardzo dobrze jednak tylko w ciepłe dni, bo na takie mi pasuje z racji  tego, że pod grubymi swetrami i szalami będzie miała problem się przebić.Nie zostawia też´´ ogona´´ i nad tym ubolewam, ale niestety najgorzej oceniam jej trwałość. Czy zapach przeszedł reformulację , bo pamiętam, że kiedy pierwszy raz użyłam go krótko po premierze trzymał się dobre kilka godzin i był doskonale wyczuwalny przez otoczenie, a tymczasem obecnie nie czuję go już po godzinie, a osiada blisko skóry też po niedługim czasie. To bardzo słaby wynik i główna przyczyna mojej niechęci do zakupu pomimo tego, że bardzo odpowiada mi on jako pachnidło na wiosnę i lato, ponieważ nie męczy słodkością, a z drugiej strony nie wkurza chemicznoścą cytrusów, a znienawidzone przeze mnie yuzu na całe szczęście się tu nie ujawnia.

Niebanalna owocowo-kwiatowo- herbaciana przyjemność z pewnością spodoba się wielu aczkolwiek nie polecam zakupu w ciemno, choć jednak ryzyko wpadki jest małe. Niemniej złapałam się na tym, że zapach mi spowszedniał i znudził  się. Nie mogę nosić go zbyt często i nawet nie chcę. Kończę odlewki i wiem, że nie będę się rozglądała za flakonem.

Nuty zapachowe:

nuty głowy: yuzu, cytryna, wodne owoce

nuty serca: kwiat pomarańczy, herbata jaśminowa, lotos

nuty bazy: paczula, cedr, drzewo sandałowe, wanilia


Ocena : 4 / 5

Cena:100ml / ok. 170zł

Dostępność : perfumerie online



A jakie jest Wasze zdanie o Trussardi Donna 2011?

poniedziałek, 21 listopada 2016

Delia - żelowy korektor do brwi z keratyną








Jeśli chodzi o makijaż brwi to preferuję kredki i właśnie maskary. Nie przekonują mnie pisaki i nie znoszę trendu, który nakazuje mieć brwi jakby wyglądały jak namalowane i są zbyt grube. Oczywiście cienkie ´´niteczki´´ to też nie dla mnie. Jestem tak ´´po środku´´ i uważam, że wiele dziewczyn robi sobie krzywdę takimi grubaśnymi brwiskami jak od markera, ale co kto lubi.

Jeśli chodzi o produkt Delii, czyli żelowy korektor to niestety otrzymałam wersję czarną co mi nie odpowiada, bo kłóci się z moim kolorem włosów. Wolę brązowy, bo jest bardziej naturalny.


Opakowanie: 7ml buteleczka z której jak czytałam ponoć schodzą napisy. Mnie się to jeszcze nie stało. Szczoteczka jest standardowa, dość duża i to mi przeszkadza, wolałabym mniejszą.




Konsystencja:  to właściwie nie jest żel ,a  jakby zabarwiona na czarno woda, która jednak nie spływa. Aplikacja nie sprawia problemu, ale jednak to nie jest żel.




Działanie: nakładam dosłownie troszeczkę tego kosmetyku, bo ma on intensywny czarny odcień i nie chcę przez to wyglądać karykaturalnie. Naprawdę nie radzę przesadzać. Jednak nie jest to moim zdaniem korektor, bo w żadnym razie nie wypełnia ubytków i nie sprawia, że brwi wyglądają jakby ich było więcej, nie są tez optycznie bardziej gęste. To wyłącznie koloryzant dodatkowo rozczesujący włoski i trzymający je w ryzach cały dzień. Więcej zalet nie posiada. Czy prawdą jest to co obiecuje producent, że korektor wzmacnia cebulki włosków i regeneruje? Używam go codziennie i nic takiego nie zauważyłam. Brwi wyglądaja tak samo.


Można go wypróbować jeśli macie ładne brwi i nie chcecie robić z nimi nic poza koloryzacją i uczesaniem.  Jest to jednak przeciętny produkt, który nie pojawi się u mnie ponownie.

Ocena : 3/ 5

Cena: 7ml / ok. 10zł

Dostępność : online i w wielu drogeriach stacjonarnych


Testowałyście ten korektor?

piątek, 18 listopada 2016

Rihanna - Rogue Love






Flankier klasycznego Rogue, czyli Rogue Love powstał w 2014r i o ile się nie mylę do Polski nie dotarł. U mnie z kolei jest dostępny w najmniejszej pojemności 30ml i wiele razy się na niego czaiłam, bo patrząc na skład wyobrażałam sobie, że to musi być fajny kokosowo-karmelowy słodziak, ktory otuli mnie w zimne dni. Trochę martwiły mnie głosy, że parametry słabiutkie,a i zapach to jeden z gorszych od Riri. Postanowiłam sama się o tym przekonać i dziś już wiem, że ta edycja Rogue do mojej kolekcji nie dołączy.

Najbardziej na świecie nienawidzę skin scentów i perfum, które sa słabo wyczuwalne i ich trwałość jest liczona w minutach. Choćby nie wiem jak piękny byłoby taki aromat u mnie już za to jest skreślony. Rogue Love ma właśnie tę jedną wielgachną wadę, że jest straszliwie bliskoskórny, wręcz intymny, cielesny i od początku słabo go czuć, a i wypsikanie sie od stóp do głów niewiele pomoże. Wiem, że są fanki takich zapachów trzymających sie blisko skóry i one pewnie będą z RL zadowolone. Ja do nich nie należę. Zresztą do klasyka ten zapach się nie umywa, bo choć Rogue nie za bardzo mi się podoba to nie odmówię mu oryginalności, a Love niestety, ale jest wyjątkowo przeciętny i banalny.


Mamy tu ultralekką brzoskwinię. Aksamitną, pudrową. Bez soku, bez słodkości. To jakby puder o zapachu tego owocu. Czuć nawet tę mechatą skórkę i nawet widzę opakowanie takiego pudru i wielki puchaty pędzel, którym kulistymi ruchami nakładam ów puder na twarz. Ten zapach jest jak woalka. Muska skórę, pieści i jego powinno się nazwać Nude. Dla mnie ma kolor pastelowo brzoskwiniowy lub beżowy.Z biegiem czasu nic się nie zmienia. Zapach w ogóle nie ewoluuje zresztą nie ma kiedy skoro na mojej skórze wytrzymał mniej niż pół godziny! Chyba nie muszę mówić jak bardzo irytujące jest kiedy parametry są tak beznadziejne i choćby mi ten flakon dawali za darmo to nie wezmę, bo nie lubię pachnieć czymś co tak naprawdę prawie nie pachnie. Rogue Love to taki perfumowy duch-pojwia się na krótką chwilę po czym rozpływa się w powietrzu.

Choćbym chciała to nic więcej na jego temat powiedzieć nie mogę, bo i kompozycja naprawdę nie jest zbyt udana i tak naprawdę wcale nie musiała powstać.

Nie namawiam za bardzo do testów, bo szkoda czasu na coś tak ulotnego i delikatnego.


Nuty zapachowe

nuty głowy : mandarynka, czerwone jagody, brzoskwinia

nuty serca : jaśmin, wiciokrzew, orchidea, kokos

nuty bazy: wanilia, ambra, nuty drzewne, karmel


Ocena: 2 - / 5

Cena: W Finlandii 30ml kosztuje ok. 45€, online cena za 125ml to ok. 120zł

Dostępność : perfumerie online i stacjonarne



Znacie Rogue Love?

środa, 16 listopada 2016

Listopadowy Livbox 2016



Chyba mnie wysłuchano kiedy narzekałam na poprzednia livboxową paczkę i listopadowa okazała się lepsza, a nawet jest próbka perfum! Fakt, że akurat tych, które dobrze znam i nie lubię, ale zawsze coś :)  Śmieszy mnie tylko, że w co drugiej paczce musi być obowiązkowo lakier do włosów. Jako, że nie znoszę tego kosmetyku i nie jest mi od do niczego potrzebny to pewnie wyląduje w koszu.

Oto co znajduje się w listopadowym Livboxie:








1. Schwarzkopf- GOT2B- Glued-lakier do włosów

2, Dermosil- błyszczyk do ust w odcieniu Carnival Pink 

3. Kenzo- Flower by Kenzo EDP

4. Korres- White Tea- fluid do mycia twarzy

5. Lumene-Valo-Bright Eyes-kuracja do oczu z witaminą C

6. Sosar-Sacred Forest Peat Mask-oczyszczająca bioaktywna maska do twarzy

7. Atkins- Fudge Caramel- baton ( pyszny moocno czekoladowo karmelowy!)


Znacie coś z tej paczki?

poniedziałek, 14 listopada 2016

O.P.I - Yodel Me On My Cell





Zaintrygował mnie kolor,a że ufam lakierom OPI to wzięłam go bez namysłu i warto było choć zastanawiam się czy ta trwałość lakierów tej marki nie jest zbyt przesadzona, bo to już któryś z kolei, który nie trzyma się długo aczkolwiek aż tak mnie to w tym wypadku nie martwi, bo kupuję je głównie ze względu na niecodzienne kolory.

Opakowanie : standardowe dla OPI 15ml ze standardowym pędzelkiem. Nie ma tu żadnych nowości.

Konsystencja: typowa dla lakierów tej firmy, czyli ani za gęsta ani za rzadka jednak akurat ten kolor po jednej warstwie robi prześwity i trzeba nałożyć drugą do pełnego koloru co w sumie uważam za normalne.

Kolor : Yodel Me On My Cell to błękit wzburzonego oceanu po burzy. Tak bym go określiła. Lekko metaliczny i wyjątkowo ciekawy.

Działanie: lakier jak wszystkie OPI nakłada się wygodnie, czas schnięcia też jest bez zarzutu tylko dlaczego trwałość ( u mnie) to tylko 2 dni??  Choćbym nie wiem co robiła to lakier po tym czasie już wyraźnie odpada płatami i nadaje się tylko do zmycia. Eksperymentowałam z top coatami, bazami i nic to nie dało. Jednak ma wrażenie, że ta trwałość zależy też od danego koloru, ale nigdy żaden lakier OPI nie wytrzymuje u mnie 5 dni, a szkoda.

Niemniej uważam YMOMC za bardzo ładny i oryginalny odcień, który z przyjemnością noszę nie tylko zimą.


Ocena : 4 + / 5

Cena: 15ml / zapaciłam 17zł

Dostępność : online, salony


Jak Wam się podoba ten kolor?

środa, 9 listopada 2016

Zużycia miesiąca - październik 2016



Sporo wydenkowałam w ostatnim miesiącu i bardzo mnie to cieszy szczególnie, że znalazało się też coś z kolorówki. Mam nadzieję, że następne miesiące będa również owocne :)





1. Mixa- Baby- łagodząca woda oczyszczająca bez spłukiwania

Kolejne opakowanie i w dalszym ciągu uważam, że to rewelacyjny produkt do oczyszczania buzi od noworodka do przedszkolaka, a także dla starszych dzieci i dorosłych. Bez ograniczeń.


2. Laboratorium Kosmetyczne Dr Irena Eris - Lirene -  dwufazowy delikatny płyn do demakijazu oczu

Bardzo dobry płyn, który rzeczywiście usuwa nawet mocny i wodoodporny makijaż nie podrażniając oczu, nie powodując łzawienia. Tak, jest tłustawy, bo to dwufazówka, ale przecież można tę warstwę zmyć micelem i po problemie. Polecam z pełnym przekonaniem!



3. Global Cosmed- Bobini- Mandarynkowe figle-szampon i płyn do kąpieli z olejek ze słodkich migdałów

Mój starszy synek przepada za produktami do mycia Bobini dlatego kolejnym był ten o zapachu mandarynek. Konsystencja jest kremowa o perłowym zabarwieniu i soczystym zapachu mandarynek. Używałam tego płynu tylko do mycia pod prysznicem i nie jako szampon, ale i tak spełnia swoją rolę bardzo  dobrze. Myje, nie wysusza i ładnie pachnie, a przy tym jest wydajny.



4. Rene Furterer - Okara - odżywka w sprayu wzmacniająca kolor włósów farbowanych

Miałam już wcześniej tę odżywkę i nie byłam z niej zadowolona. Jakiś czas temu otrzymałam ją znowu i postanowiłam zużyć jak najszybciej i kupić coś lepszego. Nie rozumiem zupełnie jej ceny, bo absolutnie nie wzmacnia ona koloru włosów farbowanych, nie dodaje połysku i generalnie nie robi nic. Nawet nie bardzo pomaga przy rozczesywaniu. Ma irytujący, mocny zapach, który czułam przez 2 dni, a który naprawdę mi nie odpowiadał, choć jest ciężki do zdefiniowania. Woda w sprayu. Szkoda marnować na ten produkt pieniędzy.


5. Korres -Basil & Lemon -  żel pod prysznic

Miniatura z Livboxu i napewno nie kupiłabym całego opakowania. Zapach według mnie to nic innego jak cytrynowe mleczko do czyszczenia łazienki. Bazylii nie czuć. Okropieństwo!  Sam żel dość dobrze się pieni , nie wysusza skóry, ale nie różni się niczym od takich, marketowych ´´braci´´. Zwykły żel o okropnym zapachu.


6. Bio Cosmetic Sweden - Online- Bubble Gum 2in1 shampoo & shower- szampon i żel pod prysznic o zapachu gumy balonowej

Kolejkny zapach po czekoladzie i mleczku kokosowym to guma balonowa. Pachnie dokładnie jak gumy-kulki i ten zapach zostaje na ciele jeszcze jakiś czas. Pozatym żel jest perłowy, nie wysusza i nie podrażnia. Zwykły żel o przyjemnym zapachu.


7. Cien- Forgotten Flowers-mydło do rąk o zapachu hiacynta i dzięglu

W fioletowym opakwoaniu znajduje się przezroczysto-fioletowy żel o bardzo przyjemnym, wiosennym aromacie hiacyntów. W zielonej mamy przezroczysto-zielony, który swoim aromatem przypomina mi bardziej piżmo, ale mogę się mylić, bo nie za bardzo wiem jak pachnie dzięgiel.

Mydła owszem dobrze myją, ale moje wrażliwe dłonie przesuszały do tego stopnia, że krem po każdym umyciu był niezbędny. Można wypróbować, ale to żadna rewelacja.

8.I love- Mango&Papaja- krem pod prysznic i do kąpieli o zapachu mango i papai

Poprzednim razem używałam żelu pod prysznic tej samej marki o zapachu pianek marshmallow i byłam nim zachwycona. Jednak ten o zapachu egzotycznych owoców mango i papaji ( czuć przede wszystkim mango) i pomarańczwym kolorze jest bardzo zwykły. Nie jest to żaden krem jak pisze producent, a średnio gęsty, pomarańczowy żel, który dobrze się pieni, myje i nie wysusza, ale nie poraża zapachem. Czuć go tylko w trakcie mycia i moim zdaniem nie ma w nim nic wyjątkowego. . Więcej na ten wariant zapachowy się nie skuszę.

9.Bielenda-Pharm-Trądzik- antybakteryjna emulsja oczyszczająca twarz, dekolt i plecy

Nie mam i nigdy nie miałam trądziku, a ta emulsja trafiła do mnie w ramach testów. Jest to szarobura maź, która się nie pieni i ślizga po skórze. Oczyszcza ją, ale nie dogłębnie i zastanawiam się czy naprawdę pomaga w przypadku skóry z problemami? Na plus zaznaczam brak wysuszenia, ale napewno już nie wrócę do tego produktu.


10. Lumene-Longwear Blur SPF 15-podkład prasowany

Opisywałam go TU

Według mnie to nie jest podkład, a puder i to też kiepski. Męczyłam się jego zużyciem i nigdy więcej go u siebie już nie chcę.
  

11. Maybelline-Big Eyes Mascara

 Opisywany TU

Moje drugie opakowanie i dalej twierdzę, że to bardzo dobra maskara, ale nie widzę jej już w sklepach. Czyżby została wycofana?

12. Astor - Seduction Codes-tusz wydłużająco-pogrubiający

Mam mieszane uczucia względem tuszów Astor. Każdy jest na początku bardzo wodnity i musiałam czekać z jego użyciem nieraz 2 tygodnie, a i tak wcale nie było lepiej. Z Seduction Codes jest inaczej. To bardzo, bardzo dobra maskara, która rzeczywiście sprawia, że rzęs jest optycznie więcej i są dłuższe. Szczoteczka ma klasyczne włosie, ale kształt ala stożek i bałam się jej, a niepotrzebnie. Jest bardzo wygodna!

Dwie warstwy i mamy efekt sztucznych rzęs bez rozmazywania i osypywania przez cały dzień. Tak mi się ten tusz spodobał, że kupiłam go bliskiej osobie w prezencie i była ona także zadowolona. Polecam jak najbardziej!


Opuścili mnie:

- 100ml Living Lalique - niestety zapach sam w sobie by mi się podobał, ale parametry są żałosne dlatego znalazł nowy dom:)



Znacie coś z mojego denka?

piątek, 4 listopada 2016

Kanebo Sensai - The Silk EDP





Ubiegłoroczna premiera i pierwszy zapach japońskiej marki  Kanebo Sensai. Ciekawy flakon ( przywodzący na myśl kokon jedwabnika) i kosmiczna, kompletnie dla mnie niezrozumiała cena, bo za tą kwotę, a pewnie i za mniej można nabyć coś cudnego z niszowych propozycji, a nie zapach, który praktycznie w ogóle nie pachnie i ma fatalne parametry. Mowa o The Silk inspirowanym jedwabiem jego lekkościa, zwiewnością i szlachetnością. Znam wersję eau de parfum, choć jest jeszcze w koncentracji wody toaletowej i aż boję się sprawdzić jak ona pachnie, bo jeśl EDP jest tak słabe pod każdym względem to lepiej się chyba nie zbliżę do EDT.








Mamy tutaj ultra łagodną ambrę i tylko ją. Nie ma tu absolutnie żadnej innej nuty. Ambra snuje się tak bliskoskóry, że aby dobrze poznać tę kompozycję trzeba wwąchać się dokładnie przykładając nos do skóry. Irytujące prawda? Swój krótki żywot kończy tak szybko, że nawet ja byłam zaskoczona, a wąchałam już w swoim perfumowym szale niejedno, ale zawsze jestem zła, kiedy zapach za niemałe pieniądze raz, że się w ogóle nie rozwija to ma tak marne parametry! Gdyby bylo tu coś poza ambrą może wtedy całość byłaby bardziej interesująca, a tymczasem to ambrowa woalka muskająca skórę i nic więcej. Mega delikatny, cielesny skin scent i wierzę, że komuś to się może podobać  , ale mnie kompletnie  nie  i uważam, że jak na debiut marka mogła się bardziej postarać, bo flakon, kampania reklamowa i cena chyba były tu priorytetem, a zapomniano, że perfumy maja przede wszystkim pachnieć.

Dla mnie The Silk to banał i nieudany zapach, który nie pachnie. Do bólu nieutralny. Dla mnie nie do zaakceptowania tak samo jak i jego cena.


Nuty zapachowe: 

nuty głowy: bergamotka, różowy pieprz, gruszka, liście fiołka

nuty serca: piwonia, konowalia orchidea, ambra

nuty bazy: bób tonka, piżmo



Ocena: 0 / 5

Cena: 50ml / ok. 300zł, w Finlandii odpowiednio : 50ml / 85€, 100ml/ 105€

Dostępność : perfumerie online i stacjonarne



A jak Wam podoba się The Silk?

środa, 2 listopada 2016

H&M- Hight and Mighty Mascara


H&M znamy oczywiście wszyscy. Mówiąc szczerze rzadko tam obecnie kupuję, bo zdażało mi się być niezadowoloną z jakości ubrań ( także ciążowych).Nawet po dziecięce już tam prawie nie zaglądam co nie znaczy, że te ubrania sa złe. Poprostu co kto lubi. Nigdy też nie byłam zainteresowana dostępnymi w tym butiku kosmetykami, a szczególnie kolorówką, aż do nia kiedy w moje ręce wpadła paleta cieni, peeling do ust, żel do brwi do brwi oraz tusz o wzniosłej nazwie High and Mighty Mascara. Z ręką na sercu powiem, że to wyjątkowo dobry produkt, który zdecydowanie warto kupić!





Opakowanie: 6ml czarnego tuszu zamknięte jest w złotym opakowaniu, które bardzo przypomina mi tusze YSL i to raczej dla mnie wada.

Konsystencja i Szczoteczka: tusz nie jest ani za gęsty ani zbyt wodnity, ma wręcz idealną konsystencję i jego nakładanie to prosta sprawa nawet kiedy nie mamy zbyt dużo czasu. Pomaga w tym bardzo wygodna szczoteczka z króciutkim, plastikowym włosiem.




Działanie: jest to tusz którym możemy budować efekt jaki chcemy uzyskać co nie znaczy, że po jednej warstwie niczego nie widać! Już dwie warstwy sprawiają, że spojrzenie staje się wyraziste, a rzęsy widocznie wydłużone i jest ich optycznie więcej. Dlatego jeśli macie krótkie rzęsy lub / i są one niezbyt gęste to ten tusz jest dla Was. Trzy warstwy tworzą efekt sztucznych rzęs. Piękny wachlarz, czarnych, rozdzielonych, długich ´´firanek´´,a jeśli natura obdarzyła Was rzęsami jak z bajki to ten tusz to dodatkowo podkreśli.

Co więcej nie rozmazuje się, nie kruszy ( oczywiście chodzi mi o normalne warunki, bo nie jest wodoodporny) i bardzo łatwo poddaje się demakijażowi.




Według mnie Hight and Mighty Mascara może konkurować z tuszami marek selektywnych. Jest poprostu świetny i dawno nie byłam tak zadowolona z maskary do rzęs, a jestem bardzo wymagająca, bo nie znoszę tuszy, które trzeba nakładać niezliczoną ilość razy, żeby cokolwiek było widać. Tu mamy rezultat od razu.

Szczerze polecam! Nie rozczarujecie się!


Ocena: 5 / 5

Cena: 6ml / 40zł

Dostępność : w H&M , ale nie we wszystkich, więc musicie szukać


Testowałyście już ten tusz?