poniedziałek, 4 września 2017

Lumene- Nordic Noir Mascara . Bo to zła maskara była.





Miałyście kiedyś tusz tak fatalny w  działaniu, że chciałyście od razu rabnąć nim o ścianę albo wywalić przez okno? Po naprawdę, naprawdę milione tuszy jakie używałam i tych z niskiej, średniej i wysokiej półki oczywiście były momenty, że zastanawiałam się co producent miał na myśli tworząc takiego gniota. W przypadku Nordic Noir myślę sobie, że ktoś kto tę maskarę zaprojektował chyba nigdy w życiu nie malował rzęs i nie ma o tym pojęcia. Ten tusz to zło wcielone i jeśli udałoby się jakiemukolwiek innemu tuszowi go pobić to chyba padnę. Jak narazie maskara od Lumene dostaje ode mnie medal z ziemniaka za niechlubne pierwsze miejsce w kategorii masakra maskarowa.

Opakowanie: duże, grube, w kolorze srebrnym o poj. 15ml. Szczoteczka jest poprostu straszna. Gruba, duża i niemożliwie wręcz nieporęczna. Ma bardzo krótkie, plastikowe wypustki, za krótkie moim zdaniem, a przez tę swoją wielkość pomalowanie dolnych rzęs to wręcz mission impossible. Kto tworząc tę szczotę serio myślał, że ten pomysł wypali?!




Konsystencja: tusz jak dla mnie jest trochę zbyt rzadki. Nie zmienia konsystencji wcale, więc nic nie da jeśli trochę poleżakuje, a tak np. dzieje się z tuszami Astor, które po tygodniu stają się mniej rzadkie. Tak, konsystencja tutaj mocno mi przeszkadza, ale nie jest aż tak denerwująca jak u tuszy Miss Sporty, gdzie miałam wrażenie malowania się zabarwioną na czarno wodą.


Kolor : tusz występuje tylko w odcieniu czarnym i jest to intensywna, smolista czerń co zresztą widać przy demakijażu.


Działanie: malowanie się tą szczoteczką to katorga. Tusz po pierwszej warstwie brudzi powieki dolne i górne i to tak, że trzeba mieć w pogotowiu coś do zmycia. Efektu nie ma. Rzęsy są ledwo zabarwione. Druga warstwa i trzecia także nic nie dają oprócz efektu pandy, gdzie tusz marze się na całym oku . Osobiście byłam w szoku, bo nigdy mi się coś takiego z inną maskarą nie przytrafiło, ale tu winna jest głównie ta badziewna szczota, którą naprawdę NIE DA się malować! Zresztą sama konsystencja też pozostawia sporo do życzenia jak i ogólna jakość tego tuszu. On nie robi z rzęsami nic dobrego.

Po ok 6 warstwach (!) rzęsy były jako tako wydłużone i minimalne może pogrubione, ale to nie wyglądało ładnie. To nie jest jednak najgorsze bowiem tusz podrażnił mi oczy! Nie jestem alergikiem ani wrażliwcem i nigdy w życiu mi się to nie zdarzyło. Tu nie było pieczenia tylko oczy wyglądały jakbym płakała. Nie stało się to od razu tylko po ok 15min od pomalowania i wyjścia na dwór. Zauważyłam, że kilku przechodniów dziwnie mi się przygląda i kiedy po godzinie wróciłam do domu zamarłam. Oczy były czerwone jak u królika, a ponadto tusz ´´pięknie´´ się rozmazał pod dolną jak i górną powieką i było to bardzo widoczne, a dodam, że w tym czasie oczy mi nie łzawiły i ich nie dotykałam, nie pocierałam, nie było wiatru. Czy może być jeszcze gorzej? Nordic Noir to tak nietrwała maskara, że absolutnie nie wolno nawet poprawić palcem korektora pod oczami ( bez dotykania rzęs), bo będziemy miały czarną smugę. Ja rozumiem, że producent nie obiecuje wodoodporności, ale bez przesady! Jest tyle zwykłych maskar, które się nie rozmazują z byle powodu!



I ostatni grzech tego produktu to demakijaż. O ile praktycznie każdy płyn czy mleczko radzi sobie ze zmyciem tego tusz tu ma on upierdliwą tendencję do rozmazywania się podczas procesu jego usuwania. Za każdym razem miałam upaćkaną twarz i wyglądałam jakbym wróciła z szychty w kopalnii. Ten kosmetyk starszliwie się marze i nic nie da się na to poradzić Próbowałam się nim umalować 3 razy i o te 3 za dużo. Ani razu mi się to nie udało, za każdym razem rzęsy wyglądały brzydko, niechlujnie jakbym po raz pierwszy w życiu miała w ręce tusz. Pojawiał sie też ten dziwaczny efekt królika i zmęczonych oczu, którego nie mam po innych maskarach. Czy ktoś w Lumene w ogóle ten produkt testował?


Dla mnie to kpina, a nie produkt do malowania rzęs.W dodatku to badziewie kosztuje prawie 20euro ( a widziałam, że w niektórych sklepach blisko 30 co jest totalnym szaleństwem), a nie jest warte ani centa. Lumene wstydź się!

Ocena: 0 / 5

Cena: 15ml / ok. 18,90€

Dostępność:  w Finlandii w szafach Lumene, w Polsce raczej ciężko go dostać



Testowałyście ten tusz?

środa, 30 sierpnia 2017

Christina Aguilera - Glam X




Dzisiejsze nastolatki pewnie bardzo słabo albo w ogóle nie kojarzą Christiny Aguilery i trudno się im dziwić wszak nie nagrywa ona już albumów, nie jest zbyt obecna w mediach, na ściankach, nic o niej nie słychać. Ja pamiętam ją z początków jej kariery i zawsze dziwiłam się, że dziewczyna z takim głosem ( który bardzo wiele uczestniczek programów typu Mam Talent, X Factor itp próbuje naśladować) śpiewa głupawe, cukierkowe pioseneczki zamiast nagrać przeboje w stylu Etty James czy Arethy Franklin. Zmarnowany potencjał, ale przecież Christina nie raz i nie dwa udowodniła, że soulowe kawałki wychodzą jej najlepiej, więc o co chodzi?  Mimo, że nigdy nie byłam jej fanką to czekałam aż weźmie się w garść i nagra coś dobrego i myślę, że już się pewnie nie doczekam. Wracając jednak do Glam X. Jest to zapach wydany na 10lecie zapachowych kompozycji Christiny i na rynek wszedł w tym roku.

Jako, że mam niezbyt dobre doświadczenia z zapachami tej wokalistki to obawiałam się tego ´´czegoś´´ w złotym flakonie. No i tak po prawdzie nie jest to zła kompozycja, pewnie wielu osobom się spodoba.Nie jest to jednak żaden szał, a zapach utrzymany właśnie w klimacie wcześniejszych propozycji Kryśki.  Ja tu czuję dużo wanilii mimo, że ponoć nie ma jej składzie. Wanilia jest i kropka. Od początku do samego końca, ale zaraz po spryskaniu pojawia się soczysta mandarynka z równie świeżą ale słodką  ( karmelizowaną!) brzoskwinią. Następnie charakterystyczna kremowość heliotropu oraz słodkawa benzoina i właśnie ta wanilia, która i tak kręciła się tu od pierwszych kilku minut.

Mówiąc oględnie jest to zapach słodko-świeżo-waniliowy i według mnie bardzo uniwersalny, bo nada się i do szkoły, na uczelnię, na zakupy i myślę, że na imprezy. Nie czuję tu wszechogarniającej słodyczy, ton cukru i to bardzo dobrze aczkolwiek bądźcie przygotowane na waniliowo benzoinową słodycz z owocowym podbiciem. Jeśli dla kogoś brzmi to apetycznie to może śmiało po Glam X sięgnąć ( odradzam jednak w bardzo ciepłe dni), bo parametry są całkiem niezłe.







Tak patrzę na zdjęcie reklamowe i Christina wygląda na nim jak nie ona, a jakiś króliczek Playboya. Tandetnie, plastikowo i nieładnie. Sam zapach pomimo tego, że napewno odkrywczy nie jest to mnie nie odrzuca. Flakonu co prawda nie kupię, bo ostatnimi czasy męczą mnie słodkie zapachy, ale polecam tym z was, które szukają czegoś w takich klimatach i znają poprzednie kompozycyzje Aguilery.


Ocena: 4 / 5

Cena: dostępne poj to 30 i 60ml / ok. 70zł

Dostępność : perfumerie online i stacjonarne


Nuty zapachowe:

nuty głowy: anyż gwiazdkowaty, karmelizowana brzoskwinia, mandarynka

nuty serca: konwalia, heliotrop, jaśmin

nuty bazy: drzewo sandałowe, ambra, piżmo 




A jak wam podoba się Glam X?

niedziela, 27 sierpnia 2017

Matrix-Total Results-Texture Game- szampon i odżywka z polimerami








Te zielone opakowania rzuciły mi się w oczy przy okazji zakupów w jednym z marketów, gdzie odkryłam, że można dostać kilka ciekawych, fryzjerkich produktów jakk Redken,Fudge i właśnie Matrix za ceny niższe niż w salonach i w sieci. Nie kupiłam jednak od razu tylko najpierw poczytałam trochę na temat produltów z linii Texture Game i wyszło na to, że mają one definiować fryzurę, nadawać kształtu i są szczególnie polecane dla włosów falowanych, czyli takich jak moje. Przy kolejnej wizycie wrzuciłam do koszyka szampon i odżywkę, ale po dłuższym używaniu mam mieszane uczucia i wiem, że raczej zakupu nie powtórzę. Składu czepiać się nie będę, bo wiedziałam co kupuję i nie jest to najdelikatniejszy szampon do codziennego stosowania, odżywka też cudownych substancji w sobie nie zawiera.  Jednak nie widzę jakiś większych efektów.

Chciałam jeszcze zaznaczyć, że są chyba dwie wersje tych kosmetyków. Texture Game oraz Rock It, a z tego co czytałam to jedno i to samo.

Opakowanie: oba produkty mają po 300ml i zamknięto je w zielonych butelkach, które ( mimo, że na zdjęciu tego nie widać) są przezroczyste


Zapach i Konsystencja:

szampon: bezbarwny, niezbyt gęsty, ale też nie wodnity. Pachnie świeżo, podobnie do odświeżających żeli pod prysznic i ten aromat mimo, że delikatny trzyma się włosów przez kilka godzin.



odżywka: biała, średnio gęsta, nietłusta. Ma konsystencję typową dla odżywek i pachnie dokładnie tak samo jak szampon.



Działanie:

szampon: mocno się pieni, co mnie nie zaskoczyło i czuć, że jakby wygładza  włosy w trakcie mycia, nie plącze ich i dobrze oczyszcza.

odżywka: odczuwalnie zmiękcza i wygładza włosy, ułatwia ich rozczesanie, robi poprostu to co większość odżywek, ale nie jest to kosmetyk, który dobrze nawilża, nie zauważyłam nic w tej kwestii.

Ten duet niestety obciąża mi włosy co widać szczególnie u nasady i na grzywce.Włosy są trochę zbyt sypkie i zbyt wygładzone, latają na wszystkie strony. Są bardzo lekkie, a jednak grzywka już rano po wieczornym umyciu nie wygladała zbyt świeżo co mocno mnie zdzwiło. Daje mi to do myślenia i uważam, że nie jest to produkt do włosów z tendencją do przetłuszczania i dla tych, którzy tak jak ja muszą myć je co 2 dni, bo przetłuszczają się one od nasady. Nie zaobserwowałam jakiegokolwiek działania na włosy falowane. Fale nie były lepiej zdefiniowane, nie było mocniejszej kręcenia. Efekt poprostu jak po zwykłym szamponie do każdego rodzaju włosów. Jednak kiedy dałam włosom wyschnąć bez zaplatania je w warkocz wtedy były one bardzo gładkie i... proste!. Dziwny efekt aczkolwiek podobał mi się tylko niestety dobry stan fryzury szybko znika, bo jak wspomniałam moje włosy szybciej się robią się nieświeże.

Oczywiście z racji niezbyt chlubnego składu nie używam tych produktów częściej niż raz w tygodniu, czasem nawet rzadziej. Jestem trochę rozczarowana, bo naprawdę sądziłam, że ten szampon z odżywką nadadzą włosom objętości, a fale będą mocniejsze. Nic z tego. Dlatego ponownego zakupu napewno nie będzie.Bardzo przeciętne produkty.


Ocena : 3 / 5

Cena: oba produkty mają po 300ml i zapłaciłam za każdy 10€

Dostępność: w Polsce można ten duet nabyć chyba głównie online, w Finlandii w sieci sklepów Tokmanni

Skład: szampon:  Water, Sodium Laureth Sulfate, Sodium Lauryl Sulfate, Cocamide MIPA, Glycerin, Sodium Chloride, Hexylene Glycol, Parfum, Sodium Benzoate, Salicylic Acid, Polyquaternium-10, Glycine, Proline, Hydroxypropyltrimonium Hydrolized Wheat Protein, Limonene, Sodium Hyroxide, Citric Acid

odżywka: Water, Cetearyl Alcohol, Behetrimonium Chlroide, Starch Acetate, Parfum, Cetyl Esters, Hydroxyethulcellulose, Isopropy Alkohol, Citric Acid, Benzoic Acid, Sodium Hydroxide, Chlorhexidine Digluconate, Glycine, Proline, Hydroxypropyltrimonium Hydrolized Wheat Protein, Limonene


Znacie produkty z serii Total Results?

niedziela, 20 sierpnia 2017

Rimmel-Moisture Renew nr 200 Latino





O ile tusze Rimmel są dla mnie dość przeciętne i uważam, że ok 10lat temu były lepsze to już szminki tej marki bardzo lubię i ciężko mi sobie odmówić nabycia kolejnego koloru i tak też było jakoś czas temu. Zakupiłam nr 200 Latino, bo pomyślałam, że taki odcień świetnie się będzie nadawał na codzień. Rozczarowania nie ma. To szminka, która może konkurować z tymi marek selektywnych, a wiem co mówię, bo był czas, że kompletnie zaślepiona wydawałam sporo pieniędzy na drogie pomadki z najwyższych półek perfumerii. Owszem niektóre ze względu na swoje unikatowe kolory były tego warte, ale zdecydowana większość raczej nie, bo ich trwałość i jakość jest w wielu przypadkach taka sama jak np. szminek Rimmel. Nie mówię, że całkowicie zrezygnowałam z kupna drogich szminek ( szczególnie kiedy jakiś odcień wpadnie mi w oko i go jeszcze nie mam albo tak mi się wydaje), ale nie są już one dla mnie nr 1.

Wracając do Moisture Renew. To szminka, którą warto mieć,a z pośród rozbudowanej palety napewno wybierzecie odcień dla siebie. Moje spostrzeżenia na jej temat:



Opakowanie: tradyjne jak to u szminek z tej serii, czy góra fioletowa, dół srebrny. Poj. 4g

Zapach i Konsystencja: zapach również jest mocno charakterystyczny i przypomina mi jakiś perfumowany krem.Sama szminka ma idealną konsystencję, nie jest ani zbyt maślana ani za twarda. Gładko sunie po ustach i od razu nadaje kolor.


Kolor : nr 200 Latino to róż i może wydawać się zbyt cukierkowy, ale tak naprawdę jest wyważony i nie wygląda tandetnie. Pasuje na codzień jak i na większe okazje. Ma w sobie bardzo mikroskopijne srebrne drobinki, których na ustach się nie dopatrzymy. Wykończenie określiłabym jako pólśniące. Nie jest to efekt błyszczyku, żadna tafla, coś pomiędzy. Moim zdaniem wygląda to bardzo ładnie i optycznie powiększa wargi.



Działanie: i tu nie mam się też do czego przyczepić. Szminka nakłada się jednym pociągnięciem tylko zalecam nie robić tego w biegu i użyć lusterka, bo kolor jest widoczny. Przyznam, że nie nakładam w tym wypadku konturówki, bo nie znalazłam pasującego odcienia i dziwię się, że marka Rimmel o to nie zadbała. Niemniej nie jest to jakaś katastrofa.



Szminka ma nawilżać i  to robi. Nie muszę pod nią nakładać żadnego balsamu, a usta mam wymagające i lubiące się przesuszać co jak wiadomo pod wszelakimi pomadkami i błyszczykami wygląda fatalnie. Moisture Renew nie dość, że jest lekka i nie czuć jej na wargach to istotnie sprawia, że są gładkie i za to ma u mnie kolejnego wielkiego plusa!  Pozostała kwestia trwałości, bo przecież wszystkie lubimy kiedy dana pomadka jest wręcz pancerna i przetrzyma wszystko. W tym wypadku nikt nie obiecuje, że to produkt long lasting, więc nie ma co się tego spodziewać i marudzić aczkolwiek kosmetyk wytrzymuje picie i mały posiłek. Starł się po zjedzeniu lodów, ale to naturalne i w ogóle mnie nie dziwi. Bez tego dzielnie trzyma się ok 3-3,5godziny.

Podsumowując nie mam absolutnie żadnych´´ ale´´ do tej szminki. Lubię ją, chętnie i często używam (jeśli pasuje mi do stroju) i napewno kupię inne odcienie, jeśli znów dojrzę taki, który mi odpowiada. Kupcie, a napewno nie będziecie rozczarowane :)


Ocena: 5 / 5

Cena: 4g / ok. 25zł

Dostępność: w szafach Rimmel, mój egzemplarz kupiłam w Rossmanie

wtorek, 15 sierpnia 2017

Katy Perry- Killer Queen




Przeglądając moje starsze posty zorientowałam się, że jest u mnie recenzja Spring Reign i Mad Potion i Meow, ale nie ma Killer Queen, a przecież to jeden z bardziej popularnych zapachów celebryckich. Może nie tak znany jak Heat czy Fantasy, ale jednak pewnie większość z Was widziała ten flakon, a może i pokusiła się o wypróbowanie? Ja flakonu od początku nie miałam zamiaru kupować, bo niestety ten zapach mnie zmiażdzył już po jednym teście, a potem dostałam dość pokaźny dekant, którego zużycie tak mnie zmęczyło, że nigdy więcej nie chcę mieć do czynienia z tym zapachem.




Tu słodycz aż się wylewa na wszystkie strony. Jest jej przeraźliwie dużo. Niezidentyfikowane owoce jagodowe i śliwki solidnie posypano cukrem tak, że nie da się tego zjeść i dodano kilka pudełek nadziewanych czekoladek. Dla kogoś to brzmi apetycznie? Można się nabawić bólu zębów od samego wąchania. Pamiętam kiedy postanowiłam się jednak nie zrażać i w ciepły letni dzień wybrałam się na spacer wypsikana Killer Queen. Spacer zakończyłam z bólem głowy i rozdrażnieniem, bo ta wszechogarniająca słodycz była nie do wytrzymania. Później jakoś zużyłam te całe 10ml w jesienne słoty, ale i tak nic to nie dało, bo za każdym razem przeklinałam siebie, że jednak nie sięgnęłam po coś innego i tak jak lubię od czasu do czasu jadalne zapachy, akceptuję Fantasy, LVEB na przykład to przy Killer Queen mówię dziesięć razy nie.

Nos w osobie pana L. Le Guernec´a, który stworzył to pachnidło chyba miał katar i nie poczuł jak wielkiego ulepa tworzy. Nic tu się nie zmienia, mieszanina mdlących landrynek jest od początku taka sama. To tak jakby najeść się słodyczy  i jeszcze pod koniec dnia pozagryzać to wszystko bombonierką i zapić tanią, czerwoną oranżadą.Ugh...
Katy oczywiście też zrobiła reklamę ocierającą się o kicz i tandetę, ale w jej przypadku to norma. Nie będę tego nawet komentować, ale przykro mi, że nazwa tego zapachu wzięła się z ulubionej piosenki tej wokalistki, czyli Killer Queen Queenów. To chyba jakiś kiepski żart. Nie wyobrażam sobie, że tak mogłaby pachnieć Mordercza Królowa o której śpiewa Freddy Mercury!


Dla mnie to jeden z najgorszych celebryciaków. Nie znoszę go za całokształt. Na całe szczęście u mnie po 4 godzinach jest on już słabo wyczuwalny i to jedyna pociecha. Czekam jednak na najnowszy zapach Katy Indi, bo ponoć jest diametralnie różny od jej poprzednich wypustów. Mam nadzieję, że pojawi się gdzieś na widoku. Póki co Killer Queen to kompozycja dla zdeklarowanych maniaczek mega słodkich zapachów i dla nikogo poza tym.



Nuty zapachowe:

nuty głowy : dzikie jagody, śliwka, bergamotka

nuty serca: kwiat Celosia, jaśmin Sambac, plumeria

nuty bazy: kaszmeran, paczula, pralinki


Ocena:  1 / 5

Cena: 100ml / od ok. 50zł

Dostępność : perfumerie online i tam najbardziej się opłaca kupić


A jakie Wy macie zdanie o Killer Queen?

niedziela, 13 sierpnia 2017

INOA Carmilane L´oreal po raz kolejny






 Na początku lipca kolejny raz sięgnęłam po profesjonalną farbę z linii czerwieni  INOA Loreal Carmilane. Tym razem zmieszałam odcień 5.62 i używany już wcześniej 6.66 używając aktywatora 3%. Nie będę się powtarzać , bo wszystko na temat tej farby napisałam TU

Kolor wyszedł właściwie taki jaki miał być, czyli wiśniowy, choć szczególnie odcień 5.62 na próbniku wygląda na bardzo ciemne bordo i obawiałam się co z tego wyniknie. Jak widać jest całkiem nieźle.  Muszę jednak zaznaczyć, że farba ta była nakładana na podobny kolor czerwieni, więc naprawdę nie wiem jak sprawowałaby się u kogoś kto chce przejść np z blondu na czerwień. Jeśli macie taki zamiar najlepiej ten pierwszy raz zostawić dla profesjonalisty i udać się do salonu.Na włosy mojej długości potrzebne są dwa opakowania.






Oprócz tego bez zmian, czyli farba nie wpłynęła w jakikolwiek negatywny sposób na kondycję moich włosów tj. nie przesuszyła ich, nie wypadają i nic złego się z nimi nie dzieje. Z kolei niewielki odrost pojawił się po 3 tygodniach, ale ja zawsze przedłużam okres między kolejnymi farbowaniami maskując odrost specjalnym sprayem , bo na całej długości włosów kolor wyblakł po 4 tygodniach do jaśniejszej paprykowej czerwieni i jest to do zaakceptowania . Generalnie włosy farbuję co 1,5miesiąca i w najbliższych dniach będę się musiała za to zabrać, bo odrost jest już teraz na tyle duży, że zaczyna mi to przeszkadzać.

Jeszcze raz powiem, że seria Carmilane to farby godne polecenia.Tylko nie sugerujcie sie próbnikiem, bo kolory na nim wyglądają na bardzo ciemne!


Ocena: 5 / 5

Cena: cały zestaw wraz z aktywatorem kosztował mnie 46,20zł

Dostępność: hairstore.pl


Jak wam się podoba ten kolor? Znacie farby Carmilne?

czwartek, 10 sierpnia 2017

Zużycia miesiąca-lipiec 2017



Nie nadążam z tymi zużyciami, bo miesiące tak szybko się kończą. W lipcu całkiem nieźle mi poszło i wyleciały ode mnie też trzy flakony perfum z którymi nie udało mi się zaprzyjaźnić.




1. Ziaja-Blubel-mydło pod prysznic na różowo żurawina, poziomka

Miałam już kiedyś to mydło, a także w innych wersjach i to bardzo dobry, tani produkt. Nie mam się do czego przyczepić. Mydło jest różowe, ładnie, delikatnie pachnie czerwonymi owocami, delikatnie się pieni. Nie wysusza, choć też nie nawilża. Moim zdaniem jets o wiele lepsze niż żele pod prysznic Palmolive i Dove.


2. Deluxe- olej z awokado

Kupiłam go w Lidlu. Nie miałam zamiaru używać go do włosów,bo moje raczej preferują olej lniany. Dlatego ten z awokadu wlewałam do wanienki przy okazji kąpieli młodszego synka, który niekoniecznie lubi się smarować po umyciu . Olejek mocno natłuszcza i odżywia skórę tak, że absolutnie nie ma potrzeby już jej czymkolwiek potem traktować, a przy tym skóra nie jest naoliwiona. Muszę wypróbować jeszcze jak ten olej sprawdzi się na moich włosach.


3. Eveline Cosmetics - Body Glam Argan - luksusowy jedwab do ciała do skóry normalnej i wrażliwej

Nie lubię  kosmetyków tej marki i nie będę tego ukrywać. Jedynie kremy do twarzy kiedyś stosowałam, ale również nie była to jakaś rewelacja. Najgorsze jednak są kosmetyki do ciała w tym właśnie ten jedwab. W zasadzie to lekki lotion, który nadaje się jedynie dla osób, które w ogóle nie maja przesuszonej skóry,a  chcą tylko delikatnie ją nawilżyć. Absolutnie nie jest to produkt dla suchej skóry, choć moja jest obecnie normalna, a i tak czułam jak ten jedwab słabo radzi sobie z nawilżaniem.

Zapach jest znany każdemu kto wcześniej stosował kosmetyki linii Body Glam Argan, bo wszystkie one mają ten sam perfumowany, słodkawy aromat, który mi nie odpowiada. Kosmetyk wchłania się bardzo szybko dlatego będzie się bardziej nadawał na dzień. Czuć też zawartość silikonu, bo skóra w dotyku wydaje się być potraktowana bazą pod podkład, pewnie znacie to uczucie. Nawilżenie owszem jakieś tam jest, ale słabe i krótkotrwałe. To nie jest produkt do zadań specjalnych, nie ukoi suchej skóry. Wygładza tylko. O rzekomym ujędrnieniu też nie ma mowy. Być może na ciepłe dni komuś ten produkt przypadnie do gustu. Ja nie widzę dla niego przeznaczenia.

4. Sylveco-lipowy płyn micelarny

Żółtawy, pachnący lekko ziołowo płyn zawiera wyciąg z lipy, aloesu oraz proteiny owsa i jest bardzo delikatny. Bez problemu radził sobie u mnie ze zmyciem całego makijażu oczu, ust i twarzy (potem myłam twarz żelem lub olejkiem)  bez rozmazywania. Zgodzę się też z tym, że nie wysusza i może być stosowany zamiast toniku po uprzednim umyciu skóry. Nasz polski produkt wysokiej jakości!


5. Urtekram-Aloe Vera Shower Gel

500ml butlę tego żelu kupiłam dla dzieci,bo strasznie trudno tutaj dostać jakikolwiek produkt do mycia dla dzieci z dobrym składem. Ten żel może nie jest najtańszy, ale bardzo wydajny i przede wszystkim delikatny dla dziecięcej skóry. Jest prawie bezbarwny, pieni się dość przeciętnie ( nie przeszkadza to w myciu) i bardzo ładnie pachnie skórką pomarańczową z tym, ze ten aromat jest pochodzenia naturalnego i jest subtelny. Oprócz tego żel myje, nie wysusza i jak najbardziej sprawdza się w swojej roli. W zapasie czeka jeszcze wersja różana.


6. Ziaja- Ziajka-mleczko do ciała dla dzieci i niemowląt

Bardzo dobre mleczko do ciała, które przyjemnie pachnie i świetnie nawilża. Nie sądzę, aby był to produkt dla bardzo wysuszonej skóry, ale dla normalnej jak najbardziej. Wchłanianie trwa chwilę, ale nie jest to tłusty kosmetyk. W składzie mamy ekstrakt z owoców drzewa Tara, olej bawełniany, kompleks wapniowy, d-panthenol, witaminę E. Usunełabym z listy tylko parafinę, bo można ją zastąpić naturalnym olejem. Tak czy inaczje polecam ten produkt!

7. Pharmatheiss Cosmetics- Granatapfel Intensiveserum-serum do twarzy z ekstraktem z granatu

Dostałam to serum jakiś czas temu i w sumie od niechcenia zaczęłam używać. Muszę jednak przyznać, że to godny polecenia produkt zarówno do stosowania na dzień jak i wieczorem pod krem. Lekka, biała emulsja jest bardzo wodnita, ale nie przeszkadza to w niczym. Wchłania się bardzo szybko bez uczucia oblepienia czy tłustości, a od razu czuć, że nawilża i to dość mocno. Moja cera po regularnym używaniu stała się jakby bardziej wypoczęta i przede wszystkim bardziej odżywiona. W dodatku serum jest bardzo wydajne. Nie sądzę jednak, abym rozglądała się za nim i chciała używać podobnie,bo jednak wolę koreańskie produkty, ale to serum z granatem zasługuje na 5!


8. R.O.C.S- Blooming Sakura - remineralizująca pasta do zębów  Kwiat Wiśni

Kolejna pasta rosyjskiej marki ROCS, którą bardzo lubię. Myślałam jednak, że pasta będzie miała posmak wiśniowy, a okazała się dość mocno miętowa! Poza tym bez zmian: dość mocno się pieni, nie zawiera fluoru ani SLS, SLES i poprostu dobrze wywiązuje sie ze swojej roli pasty do zębów.

9.Rimmel-Wonder´Full-tusz z olejkiem arganowym

Pewnie większość z was zna tę maskarę.Mimo bardzo wielu negatywów jakie na jej temat przeczytałam uważam, że nie jest to zły produkt, choć napewno już do niego nie wrócę. Wielka szczoteczka z silikoowymi wypustkami może była poręczna przy górnych rzęsach, ale na dolnych już nie i to jedna z głównych wad. Oprocz tego tusz dość dobrze się nakłada, ale po jednej warstwie efekt jets mizerny, a i druga nie robi za wiele. Z tym tuszem trzeba ´´pracować´´ i nie nadaje się on do użytku kiedy się spieszymy i mamy mało czasu. Dość powiedzieć, że w moim przypadku potrzeba było 3 warstw, aby rzęsy były widoczne, pogrubione i wydłużone. Na szczeście nie wyglądałam karykaturalnie i ogólnie trudno tą maskara uzyskać efekt sztucznych rzęs co jednych zadowoli, a innych nie. Co kto lubi. Ja tu nie widziałam nic nadzywczajnego, ot zwykły tusz, ktory można raz kupić do wypróbowania. Tragedii nie ma, rewelacji też nie.

10. Clarena- O2xylogic Cream-krem tleonowy do twarzy

Próbkę tego kremu otrzymałam przy okazji kupna profesjonalnej farby do włosów i rzuciłam w kąt, bo mam niemiłe doświadczenia z marką Clarena. Potem jednak spojrzałam na skład tego kremu i pomyślałam, że może to będzie dobry krem nawilżający? Tak też jest. To idealny poranny nawilżacz! Lekki jak mus, zupełnie beztłuszczowy krem o przyjemnym, odświeżającym zapachu. Szybko sie wchłania i nadaje się pod makijaż. Co więcej ta próbka starczyła mi na 4 zastosowania i zauważyłam, że moja cera wyglądała na bardziej wypoczętą i promienną oraz oczywiście była mocno nawilżona. Myślę nad pełnowymiarowym opakowaniem.

11. Evree- Facial Care-Magic Rose- upiększający krem do twarzy do skóry mieszanej 

2ml dośc wydajna próbka i wiem, że kupię pełnowymiarowe opakowanie, bo ten krem jest bardzo dobry i nie tylko do mieszanej cery. Do normalnej i suchej również go polecam. Lekko różowawy krem pachnie bardzo subtelnie różą i wydaje sie treściwy. To prawda, trzeba chwilkę poczekać aż się wchłonie, ale nie ma uczucia tłustości, krem nie jest ciężki i nadaje się zarówno na dzień jak i na noc.
Przede wszystkim bardzo fajnie odżywia i nawilża i to jego główne zalety. Polecam jeśli szukacie właśnie niezbyt drogiego kremu i nie patrzcie, że jest on przeznaczony dla pań 30+, nie ma tu nic czego by nie mogła stosować młodsza cera.

12. Missha- Herb In Nude-Sheet Mask- Moisturizing Care

Koreanki ubóstwiają maseczki w płacie i ja też jestem ich zwolenniczką. Jedną z takich masek dostałam w paczce i postanowiłam użyć w dniu kiedy moja cera wyglądała na szarą, zmęczoną, a ja sama byłam mocno niewyspana. Maskę nakładamy na oczyszczoną skórę na 15-20 ( ja trzymałam 20). Jest ona w bardzo cienkim płacie materiały, więc trzeba uważać, aby jej nie rozerwać co jest dość proste, bo dodatkowo jest tak mocno nasączona, że aż cieknie.

Na początku maska daje przyjemne uczucie chłodzenia ( żadna tam mięta ani nic z tych rzeczy!) i miło z nią sie relaksuje tym bardziej, że wcale leżeć nie trzeba, bo nie spada z twarzy. Po 20min zdejmujemy ją i wmasowujemy resztki substancji aktywnej. Nie myjemy twarzy, nie spłukujemy. Tylko potem od razu nakładamy ulubiony krem. Bardzo zdziwiło mnie to, że moja skóra była rozjaśniona.Owszem jest ona jasna, ale po tej masce wyglądała niesamowicie dobrze! Gładka, mocno nawilżona, wręcz napompowana i odżywiona, a przy tym znikneły wszelkie ślady zmęczenia. Nigdy po żadnej masce mi się to nie zdarzyło. Dlatego myślę, że jest to wspaniały produkt przed wielkim wyjściem jak i rano jeśli macie czas przed wyjściem. Warto ją mieć w pogotowiu, bo naprawde czyni cuda.



Opuściły mnie:

- flakon Living Lalique
- flakon Gaaraż by Krystian Wieczorek ´´Podwójny horyzont i cień kruka ´´
- flakon ID Parfums Oh Delice! 

Wszystkie te zapachy mocno mnie męczyły i nie były w moim guście. Z kolei w przypadku Living Lalique, gdzie dawałam temu zapachowi wiele, wiele prób okazał się absolutnie nie dla mnie, bo wcale go nie czułam także bez żalu pozbyłam się tych flakonów i obecnie są w dobrych rękach :)


Znacie coś z mojego denka?








środa, 2 sierpnia 2017

Moschino-Fresh Couture





Założę się, że widzieliście ten dziwaczny flakon w perfumerii i pewnie większość z was od razu go skrytykowała, że wygląda tandetnie i przypomina  płyn do mycia szyb. Zgodzę się z tym w całości. Ten flakon zaprojektował nie kto inny, a Jeremy Scott ten sam, który stoi za projektem Miśka z zapachu Toy Moschino. Ogólnie lubię jego projekty, bo są zaskakujące, ale czasem kręcę głową i zastanawiam się co za wizję miał tym razem. Generalnie facet lubi zaskakiwać i właśnie dlatego zrobiono ten psikaczowy flakonik, a twarzą kampanii reklamowej została znana modelka Linda Evangelista. Dla mnie całość jest mocno średnia, a kiedy jeszcze spojrzałam na nuty zapachowe to byłam przekonana, że to nie będzie nic fajnego i się nie pomyliłam.





Uważam, że marka zapomniała, że opakowanie to jedno, ale zapach to rzecz pierwszorzędna. Owszem znam osoby, które kupują perfumy ze względu na flakon, ale raczej wątpię, żeby ten moschinowy ohydek spodobał się ogółowi. Flakon jest poprostu bazarowy, a sam zapach to już w ogóle szkoda gadać. Ma być Fresh i jest fresh z tym, że od początku razi mnie mocna chemiczność tej kompozycji. To coś jak nuta detergentu ( to chyba nie celowe?). Mamy tu chemiczne, nudne cytrusy okraszone osmantusem i piwonią i to wszystko. Całość ma wyraźny świeży wydźwięk i jest do bólu nudna. Nic się tu nie dzieje, a przydały by się jakieś mocniejsze i bardziej charakterne składniki, żeby tego nudziarza podkręcić!

Tymczasem zapach praktycznie nie ewoluuje.Nie ma tu żadnej paczuli, ambry czy nut drzewnych tylko sama sztuczne cytrusy z piwonią. W ogóle nie ma co rozwodzić się nad Fresh Couture, bo oprócz opakowania (które może  przypaść komuś do gustu jeśli lubi się takie udziwnienia)  nie znajduję tu nic godnego uwagi. Takich zapachów jest na pęczki szczególnie na niskich półkach w supermarketach. W dodatku parametry również nie powalają.

Jeśli jednak jesteście fankami Jeremiego Scotta i Moschino i lubicie delikatne cytrusowe zapachy to przetestujcie. W innym wypadku serdecznie NIE polecam.

Nuty zapachowe:

nuty głowy: mandarynka, bergamotka, ylang ylang
nuty serca: malina, piwonia, osmantus
nuty bazy: paczula, nuty drzewne, ambroksan



Ocena: 1/ 5

Cena: 100ml / ok. 160zł

Dostępność : perfumerie online i stacjonarne



A co Wy myślicie o Fresh Couture?

piątek, 28 lipca 2017

Neutrogena-Visibly Clear-CC Cream






Od jakiegoś czasu´´ siedzę´´ w koreańskich kosmetykach, które moja cera pokochała i przypomniało mi się, że mam do wykorzystania krem, który otrzymałam w jednym z Livboxów, a mianowicie Neutrogena Visibly Clear w odcieniu Light. Według obietnic producenta kosmetyk ten ma maskować wypryski i ogólnie sprawiać, że cera z dnia na dzień ma wyglądać o wiele lepiej. Trele morele i puste gadanie, bo to chyba jednen z gorszych CC jakie używałam i nie dam rady skończyć tego opakowania, więc skończy w koszu. A co konkretnie mi nie pasuje?  Już wyjaśniam.


Opakowanie: płaska 50ml tuba w odcieniu charakterystycznym dla tej marki. Dość wygodna, ale niestety nie przezroczysta, choć aż tak bardzo mi to nie przeszkadza.



Zapach i Konsystencja: krem jest bezzapachowy i średnio gęsty i niestety strasznie marze się w czasie aplikacji mimo odczekania kilku dłuższych minut. Próbowałam i za każdym razem rozprowadzał się nierównomiernie przez co z bliska widać było mazy na skórze.


Kolor: odcień Light jest dla mnie osoby bladolicej za jasny. Dziwne, ponieważ koreańskie podkłady i kremy barwiące mają dla mnie idealne odcienie, a europejski krem Neutrogeny się odznacza i sprawia,że wyglądam jakbym się przysypała mąką, choć ogólnie ten kolor nie wygląda na tak jasny jak rzeczywiście jest.




Działanie:  i tu pomarudzę najbardziej, bo według mnie ten CC jest beznadziejny. Już wspominałam, że samo nakładanie wkurza na maksa, gdy krem marze się, nierówno nakłada i jest za jasny. Dochodzi do tego jeszcze całkowity brak krycia. Fakt, że mam cerę bez jakichkolwiek wyprysków, ale z nierównym kolorytem i potrzebuję, aby podkład, krem BB czy CC to ujednolicały. Ten tego nie robi w żadnym wypadku!

nie da się go rozsmarować


Nie jest to też krem ani stricte matujący ani nawilżający i nie nakładam go solo, bo inaczej czuję, że ściąga mi skórę ( a mam normalną). Plusem byłoby to, że jest niewidoczny, ale co z tego skoro nic z cerą nie robi! Wyglądam po nim tak samo jak przed nałożeniem z tym wyjątkiem, że jestem bladsza niż zwykle z niewyrównanym kolorytem,a  to nie wygląda już estetycznie.

Trwałość również rozczarowuje, bo krem w magiczny sposób ściera się w czasie dnia i przy wieczornym makijażu okazuje się, że nie ma za bardzo już co zmywać.

Generalnie nie, nie i jeszcze raz nie. Taki krem CC nie nadaje się do niczego.

Ocena: 0 / 5

Cena: 50ml/ ok. 5€

Dostępność: nie wiem, czy ten krem występuję w Polsce. W Finlandii można go dostać w większości marketów.



Testowałyście ten CC?

poniedziałek, 24 lipca 2017

Fudge-Urban- Crisp Pear&Sweet Vanilla Dry Shampoo- suchy szampon do włosów o zapachu gruszki i wanilii






Jeszcze jakiś czas temu suchy szampon był dla mnie zbędny, ale przekonałam się, że bardzo pomaga mi w tym, by grzywka ładnie wyglądała i nie była oklapnięta, a niestety lubi się ona przetłuszczać szybciej niż reszta włosów dlatego też po wieczornym myciu rankiem spryskuję ją suchym szamponem. Nie stosuję go jednak do całej fryzury, bo jest mi to niepotrzebne, a i taki kosmetyk bardzo matowi i wysusza mi włosy na całej ich długości.

Na szampon angielskiej marki Fudge zdecydowałam się ze względu na jego niską cenę i w zasadzie nie żałuję, choć nie jest to produkt bez wad, ale są one tam małe, że moge przymknąć na nie oko. Myślę, że jest to kosmetyk porównywalny z szamponami Batiste.


Opakowanie: kolorowa puszka o poj. 200ml. Spray psika równo i się nie zacina.

Zapach i Konsystencja: nie wiem czy są do wyboru inne warianty zapachowe, ale Gruszka z Wanilią to zapach trochę za słodki jak na mój gust. Kłóci się z delikatniejszymi perfumami, ale na całe szczęście wietrzeje po kilku minutach. Szampon niestety nie jest bezbarwny, a biały i bardzo widoczny po spryskaniu dlatego trzeba dokładnie go wyczesać. Mnie zdażyło się kilka razy wyjść z ´´siwymi´´ włosami, bo byłam przekonana, że szampon dobrze wtarłam i wyczesałam, a w świetle dziennym  okazało się, że wcale nie. Dlatego zwracam na to uwagę.

Działanie: szampon rzeczywiście odświeża fryzurę i nadaje puszystości, ale ten stan nie trwa cały dzień, a przynajmniej u mnie. Nie stosuję go na już przetłuszczone włosy to tak dla jasności, ale spryskuję je rano po wieczornym myciu włosów i około południa lub trochę dłużej muszę aplikację ponowić, bo grzywka zaczyna oklapywać, a kiedy jest trochę za długa szybciej traci świeżość i nie wygląda ładnie. Ten szampon na to pomaga, choć nie na cały dzień. Jednak nie jest to dla mnie wielki minus, ponieważ inne suche szampony działały dokładnie w ten sam sposób i jak dotąd nie znalazłam takiego, który by odświeżał włosy aż do wieczora.


Jeśli komuś nie przeszkadza bielenie i trochę zbyt intensywny owocowo- waniliowy aromat to powinien wypróbować szampon Fudge szczególnie jeśli taki produkt jest mu niezbędny. Ogólnie jestem zadowolona, ale nie kupię go ponownie, bo z reguły nie wracam do takich kosmetyków po raz drugi, lubię zmiany. Gdyby jednak nadażyła się okazja i spotkałabym inną wersję zapachową to z pewnością bym się skusiła.

Ocena : 4 + / 5

Cena: 200ml / 3,50€

Dostępność : kupiony TU


Testowałyście ten szampon?

środa, 5 lipca 2017

Zużycia miesiąca-czerwiec 2017



Małe denko, bo nie udało mi się zużyć zbyt wiele, ale zawsze coś :)




1. Vaseline- Intensive Care Sray moisturizer- Aloe Soothe- balsam w sprayu wersja z aloesem

 Ten balsam dostałamw  jednymz  Betteboxów i niestety dla mnie jest to beznadziejny produkt, którego więcej nie chcę. Balsam to w zasadzie strasznie lekka emulsja o dziwacznym zapachu niby aloesowym. Nietłusta i bardzo, bardzo szybko wchłaniająca się dlatego to dobra opcja przede wszystkim na dzień i moim zdaniem jedynie na ciepłe dni dla osób, ktorych skóra w ogóle się nie wysusza. Ja suchej nie mam już od dawna, a jednak to mazidło nie dawało rady. Skóra po kilku godzinach prosiła o nasmarowanie, szczególnie było to odczuwalne po prysznicu. W ogóle miałam wrażenie, że niczego nie używam! Druga sprawa to niezbyt dobra wydajność. Kosmetyk starczył mi na 2 tygodnie smarowania co drugi dzień, czyli na o wiele krócej nie tradycyjny balsam. Jedynie opakowanie jako tako jest w porządku, bo można je zabrać do torby i nic się nie wyleje, ale jednak wady tego produktu przysłaniają wszystko.

Ocena: 1 / 5


2. Avene- woda termalna

Po długiej przerwie wróciłam do wody Avene i znów jestem wściekła, ponieważ stało się to co z kilkoma poprzednimi opakowaniami, a mianowicie po zużyciu połowy wody gaz w butelce się skonczył i do widzenia nie da się już nic zrobić. Woda nie jest super tania, więc takie cyrki są bardzo nie na miejscu. Radziłabym, aby producent coś z tym zrobił, bo raz może sie to zdarzyć, ale kilkanascie razu to już gruba przesada!!



3. Pepsodent- Kids- pasta do zębow dla dzieci od 2-6lat o smaku truskawkowym

 Pepsodent to pasty rekomendowane przez fińskich dentysów i szczerze mówiąc kompletnie tego nie rozumiem. W Polsce Pepsodent to nic innego jak  Signal, czyli nienajlepszej jakości drogeryjne pasty, których nie kupuję. Wersja truskawkowa została podarowana mojemu starszemu synkowi przez panią dentystkę przy okazji obowiązkowej wizyty. Produkt zawiera fluor, ale nie będe z tego powodu lamentować ani się burzyć, bo mleczne zęby czasem potrzebują pasty z fluorem, choć nie częściej niż raz czy dwa razy w tygodniu i tak też moje dzieci ją stosują.

Pasta jest różowo-biała,mocno się pieni i ma zapach i posmak truskawkowych landrynek, ale nie jest bardzo słodka. Myć myje i to główna jej rola. Sama nie kupię, ale jak dostanę znów to się zużyje.

Ocena : 4 / 5


5. Soraya- Świat Natury-Olej z róży-wygładzający krem pod oczy

Miałam już kiedyś ten krem, nawet gdzieś tam wspominałam go na blogu, a jakiś czas temu dostałam to opakowanie gratis do zamówienia w jednej z polskich aptek.No i niestety krem strasznie mnie uczulił, co się u mnie nie zdażyło chyba nigdy. Skóra pod i przede wszystkim na powiekach była bardzo przesuszona, łuszczyła się i było widać wyraźne zaczerwienienie i lekko obrzęk. Kiedy krem odstawiłam sytuacja momentalnie się poprawiła, więc to żaden przypadek. Nie będę się zatem wypowiadać o właściwościach tego produktu, bo to, że mnie uczulił skreśla go całkowicie i zasługuje na najniższą notę. Co ciekawe poprzedni egzemplarz mnie tak nie urządził.

Ocena: 0 / 5


6.Lumene- Lähde- Hydration Recovery-dotleniająca maska do twarzy w żelu


Maska ta jest bodajże dostępna jedynie w 4ml saszetce, a przynajmniej nie widziałam jej w innym opakowaniu. Ten egzemplarz dostałam w Bettebox, a inny gratis przy okazji zakupów w tutejszej perfumerii. Maska ma postać bezbarwnego żelu i ładnie, delikatnie pachnie. Można ją nakładać na da sposoby: po oczyszczeniu twarzy jako tradycyjną maseczkę, którą zmywamy po 5-10 minutach lub jako maskę na całą noc i tę ostatnią opcję wypróbowałam i niestety działanie tej maski mnie nie powala.

Nie jest tłusta, no może troszkę się klei, ale nieznacznie i po kilku minutach praktycznie się wchłania wtedy też czuć, że coś tam nawilża, ale nie jest to intensywne. Rano obudziłam się z cerą, która niby sucha nie była, wszystko z nią było w porządku, a jednak miałam dziwne wrażenie jakbym zapomniała ją wieczorem posmarować. Dlatego według mnie nie jets to maska do zadań specjalnych i napewno nie do suchej i bardzo suchej skóry. Ja mam normalną i poradziła sobie średnio. Oprócz tego nie zauważyłam żadnych innych zalet zupełnie jakbym nasmarowała twarz żelem do usg. Na plus tylko to, że te 4ml wystarczyły mi na 4 użycia.

Ocena: 1/ 5

7. Sally Hansen-18K Gold-odżywka wzmacniająca ze złotem

Pisałam o niej TU

Zdania nie zmieniam. Dla mnie to produkt, który nic nie robi. Po 2 latach  i dość intensywnym użytkowaniu tak bardzo zgęstniała, że nie da się już jej wydobyć z opakowania, więc leci do kosza.


8. SkinFood-Premium Tomato- rozjaśniajca emulsja do twarzy

Od jakiegoś czasu stosuję koreańską pielęgnacje do twarzy i kolorówkę, a także dbam o skórę wg koreańskich zasad i widzę, że to działa. Emulsję używam po toniku w celu rozpulchnienia twarzy i dlatego z przyjemnością przetestowałam tę pomidorową emulsję. To dobry produkt do stosowania właśnie tak jak robią to Koreanki, czyli przed serum, a po toniku. Nie nadaje się jako krem do twarzy, bo sama w sobie dość słabo nawilża, a przynajmniej za słabo dla mojej normalnej cery.

Emulsja jest biała i rzadka jak woda, ale to typowa cecha takich kosmetyków. Dość przyjemnie pachnie i nie ma to nic wspólnego z pomidorem. Lekko nawilża cerę, rozjaśnia ją w sposób naturalny i to cała jej rola. Oczywiście po tak małej próbce nie ma szans zauwazyć wielkich efektów dlatego myślę, że kiedyś skuszę się na zakup pełnowymiarowego opakowania.

Ocena: 4 / 5

9. Innisfree-olejek oczyszczający do twarzy z zieloną herbatą

Kocham olejki oczyszczające i z przyjemnością powiem, że ten oto z zieloną herbatą jest bardzo dobry. Jest rzadki pachnie delikatnie zieloną herbatą i bardzo dobrze oczyszcza twarz zarówno z resztek makijażu jak i z sebum bez zatykania porów, bez uczucia zalepienia, tłustości. Kupię go napewno!

Ocena: 5 / 5

10. Ajona- medyczny koncentrat pasty do zębów

Bardzo długo szukałam pasty, która poradzi sobie z moją nadwrażliwością. O Ajonie przeczytałam na forum o nadwrażliwości zębów, gdzie była bardzo polecana i rzeczywiście ona sobie z tym radzi. U mnie nie wyleczyła z tego problemu, ale jest na tyle dobrze, że już rzadziej dopada mnie ten charakterystyczny ból po zjedzeniu czegoś bardzo zimnego i czasem po gorącej herbacie.

Pasta występuje w 25ml aluminowej tubce,która jest uciążliwa w użytkowaniu szczególnie przyn końcu, ale można na to przymknąć oko. Jest bardzo wydajna, bo dozujemy jej naprawdę niewielką ilość. Zdziwiło mnie natomiast to, że dobrze się pieni, choć jej skład na to nie wskazuje. Nie zawiera fluoru i ma ziołowy posmak, choć mogłaby lepiej odświeżać. Tak czy inaczej ona naprawdę działa! Niweluje ból spowodowany nadwrażliwością i nie pojawia się już on za każdym razem, a to naprawdę cud, bo wcześniej było to dla mnie bardzo uciażliwe. Świetna pasta i mys have dla wszystkich nadwrażliwców!

Ocena: 6 / 5

11. Born to Bio- Fraise Candy- truskawkowy żel pod prysznic

Żel kupiłam dla dzieci, bo chciałam takiego, który byłby naturalny, a niestety tutaj bardzo ciężko o taki, a jeśli już się znajdzie to cena jest zdecydowanie zawyżona i tak wydałam 10€ za 300ml tego żeli i po pierwszym użyciu pożałowałam swojej głupoty.

Natura naturą, ale czy ten produkt musi tak śmierdzieć? To nie jest żadna truskawka ani nawet żaden owoc. Nie wiem czym to pachnie, ale to jest odrzucające. Przypomina mi rozmoczony karton! Sam że jest bezbarwny i średnio gęsty, lekko się pieni. Dobrze myje, nie wysusza, ale też nie nawilża. Nie podrażnił dziecięcej skóry. Zupełnie nie rozumiem dlaczego tyle kosztuje i myślę, że to przesada. Poczułam ulgę, gdy ten śmierdziuch się skończył. Nigdy więcej!

Ocena : 1 / 5

Pozbyłam się: 

- flakon Iceberg Oud
- flakon Yves Rocher Rose Oud



Znacie coś z mojego denka?

środa, 28 czerwca 2017

Ninia Ricci - L´Air du Temps Eau Florale




Flankier Gołąbków, czyli klasycznego L´Air du Temps, którego niestety nie lubię i nic tego nie zmieni. Wersja Eau Florale weszła na rynek kilka miesięcy temu i jest idealną propozycją na sezon wiosenno -letni. To bardzo uniwersalny zapach dla każdej kategorii wiekowej. Wdzięczny, bezpieczny i uroczy.

W zasadzie spoglądając na ten flakon nie myślałam, że zapach mi się spodoba, bo z reguły omijam lekkie, zwiewne´´ kwiatuszki´´, nie lubuję się w ´´cytrusiakach´´ i zawsze ciężko mi wybrać zapach na cieplejsze dni, ale Eau Florale mimo, że nie ma między nami miłości to naprawdę mi się spodobał i myślałam nawet o zakupie wdzięcznej flaszeczki, ale ostatecznie tego nie zrobiłam. Może dlatego, że zakochałam się totalnie w Mandragore Pourpe, a propozycja Niny nie rzuca mnie na kolana. Jest dobrze skonstruowana, ale brakuje jej jeszcze dużo, aby mnie całkowicie zachwycić.

Dobrze, a jak pachnie? Zapach jest niby kwiatowy, ale bardzo nowoczesny i świeży. Wiciokrzew z piwonią to zgrany duet, a właśnie tego oddechu dodaje nuta cytrusów w postaci bergamotki z cytryną, które brzmią naturalnie i absolutnie nie ma tu ´´cytrynowego mleczka do czyszczenia´´. To młodość, uśmiech, szczęście i beztroska .Kompozycja niewątpliwie prosta, bo nie ma tu nic kontrowersyjnego, nic co by odrzucało ( dlatego to też dobra propozycja na prezent) i jak się przekonałam po dłuższym noszeniu niestety też nic co podobałoby mi się na tyle, aby zapragnąć tego kwiatowego Gołąbka dla siebie. Nie to, że jest nudno, bo nie jest. Tylko to zapewne moje wymagania co do takich zapachów. Mnie musi coś zaskoczyć, zwalić z nóg .

Co by jednak nie mówić to Eau Florale nosi się dobrze. Zarówno do jeansów, koszulki i Conversów ( czyli tak jak się zwykle noszę) jak i do letniej sukienki. Na uczelnię, do pracy, na zakupy, na wycieczkę, gdzie kto chce. Sympatyczny zapach o średniej projekcji ( ok. 4-5 godz) napewno wart przetestowania dla wszystkich, którzy lubią świeże kwiatowe zapachy bez jakiejkolwiek cukierkowej słodyczy, która od pewnego czasu jest wszechobecna w perfumeriach.

Flakon jest dostępny tylko w poj. 50ml


Nuty zapachowe: 

nuty głowy: piwonia, cytryna, bergamotka

nuty serca : gardenia, wiciokrzew, kwiat pomarańczy

nuty bazy: piżmo, fiołek, nuty drzewne


Ocena: 4 + / 5

Cena: w Finlandii jest dostępne 50ml w cenie ok. 55€

Dostępność: nie jestem pewna, czy te perfumy można nabyć w PL, w Finlandii są jedynie w Stockmann Beauty i Sokos Emotion


A jak Wam podoba się Eau Florale?

czwartek, 22 czerwca 2017

Funky Soap naturalny szampon pokrzywowy i odżywka z olejem arganowym - co o nich myślę


Szukałam naturalnego szamponu i odżywki do częstego użytku. Myję włosy co drugi dzień i raz w tygodniu serwuję im szampon z SLSem,a w pozostałe dni bez. Poszukiwałam jednak takiego, który byłby wolny od całej chemii, miałby krótki skład i tak znalazłam angielską marke Funky Soap, która swoje produkty wyrabia ręcznie i wysyła je bezpośrednio do klienta. Z pośród kilku rodzaju szamponów wybrałam ten z wyciągiem z pokrzywy oraz odżywkę z olejkiem arganowym i ylang ylang i miałam w głowie tylko to jak wspaniale będą wyglądać moje włosy po takiej naturalnej kuracji. Tymczasem chyba  moje włosy się z tymi kosmetykami nie polubiły!






Opakowanie: oba produkty zamknięto w przezroczyste 250ml butelki z klapką. Skład jest krótki, bo w przypadku szamponu mamy tu tylko: bazę mydlaną  z kokosa, olej rycynowy, oliwę, olej migdałowy, Neem, olej z kiełków pszenicy, herbatę z pokrzywy, prawoślaz, rozmaryn, trawę cytrynową, skrzyp, lawendę, olejki eteryczne z drzewa cytrynowego, , lawendy, trawy cytrynowej, rozmarynu oraz roślinną glicerynę. Skład odżywki : woda, roślinna gliceryna, olej ze słodkich migdałów, olej arganowy, wosk emulgujący, optiphen, olejki eteryczne z ylang ylang, lawendy i cytryny.






Zapach i Konsystencja: szampon jest brązowy i niesamowicie rzadki ( producent o tym informuje), dosłownie leje się jak woda i mnie sprawia trudności w dozowaniu. Wyszło na to, że muszę wlewać go do kubeczka i rozmieszać z wodą, a normalnie tej metody nie praktykuję, bo mi nie odpowiada. Jednak i z tym ciężko umyć długie włosy. Zapach natomiast jest bardzo przyjemny jakby trawy cytrynowej z domieszką nut leśnych, żadnej chemii. Odżywka jest kremowa, nietłusta i dobrze się rozprowadza zdziwiło mnie tylko to, że bardzo szybko wsiąka we włosy.Pachnie subtelnie ylangiem z dodatkiem cytryny i lawendy, a ten aromat jest delikatnie wyczuwalny na włosach po wysuszeniu.

Szampon pieni sie dosyć słabo i to normalne. Muszę go dokładać, więc pewnie skończy sie szybciej niż odżywka. Ta zaś nie ma poślizgu charakterystycznego dla marketowych odżywek, więc na początku wydaje się, że wcale nie zmiękczy włosów i nic nie będzie robić.


szampon


odżywka



Działanie: w trakcie mycia włosów szamponem wyraźnie czuję, że są one jakby naoliwione. To tak jakby nałożyć sporą dawkę oleju i zmywać niekoniecznie do tego odpowiednim szamponem. Podejrzewam, że znacie to uczucie. Trochę topornie to idzie. Po spłukaniu włosy absolutnie nie są splątane, ale mam wrażenie, że są jakby ´´tępe´´ i ogólnie dziwne w dotyku. Nie ma uczucia tej świeżości jaką dają inne szampony i odżywka jest tu raczej niezbędna.

Odżywka jak wspomniałam bardzo szybko się wchłania i podczas spłukiwania jej nie czuć, nie daje poślizgu, ale co mnie strasznie zdziwiło to to jak niesamowicie zmiękcza włosy, które są wyjątkowo podatne na rozczesanie. Niestety tu zalety się kończą, ponieważ ten duet straszliwie obciąża mi włosy. Myję je wieczorem i lekko podsuszam chłodnym nawiewem, zaplatam w warkocz i idę spać. Rano normalnie mam fale typu beach look tylko, że po umyciu opisywanym szamponem i odżywką włosy przypominają smętne strąki. Zero objętości. Wyglądam jakbym przez kilka dni unikała prysznica, fale też są nieładne i aż nie chce się wychodzić z domu w  takiej fryzurze.  Po kilku godzinach włosy u nasady są już na tyle nieświeże, że wieczorem trzeba je znowu umyć. Nigdy wcześniej  mi się to nie zdarzyło!

Przyznaję jednak, że te produkty świetnie nawilżają i odżywiają włosy i pewnie będą remedium dla tych z was, które skarżą się na ich przesuszenie i mocne puszenie . Podejrzewam, że polubią je posiadaczki mocno kręconych pukli, które nie chcą dodawać objętości i zależy im na mega dawce nawilżenia. Omijajcie te kosmetyki jeśli macie włosy proste, falowane, normalne i nic im nie dolega, a dodatkowo mają tendencję do przetłuszczania się. Jako, ze skład jest treściwy to bardzo łatwo przedobrzyć czego efektem są właśnie takie  ulizane włosy jakie ja mam po tym duecie. I żeby nie było:  próbowałam używać szamponu z inną odżywką, a odżywkę z innym szamponem i kompletnie nic to nie dało dlatego jestem przekonana, że te kosmetyki poprostu nie są dla moich włosów.

Dam jeszcze szansę pozostałym produktom do włosów Funky Soap tylko szkoda, że wszystkie one posiadają oleje  w składzie i mimo, że samo olejowanie bardzo lubię to już mycie olejami niekoniecznie.


Ocena: za szampon i odżywkę : 3 / 5

Cena:  250ml / ok. 5,30£

Dostępność : Ebay oraz TU


Znacie markę Funky Soap? 

czwartek, 15 czerwca 2017

Zużycia miesiąca-maj 2017


Tak, wiem mamy juz czerwiec, a ja tu jeszcze majowe denko, ale to ten brak czasu, a zresztą pewnie sami rozumiecie. Bez zbędnego gadania pokazuję co zużyłam w ubiegłym miesiącu, a jest tego dość sporo:





1. Fleur de Sante- Precious Skin-krem do twarzy na noc

Krem na noc kompletnie mi nieznanej marki. Podarowany do przetestowania i szczerze mówiąc męczyłam się z nim długo, a to zupełnie przeciętne mazidło, ktore oprócz nawilżenia nic nie robi.

Krem jest gęsty i ma niebieskawe zabarwienie, które wydaje mi się nie jest pochodzenia naturalnego. Jaki jest sens barwić krem do twarzy? Pojęcia nie mam. Pachnie niezbyt przyjemnie i do końca nie udało mi się zidentyfikować co to może być. Na skórze z kolei zostawia wyraźnie wyczywalnuy, tłustawy film, który u mnie nie wchłaniał się. Gdyby to był krem na dzień to byłabym zła, ale tu mogłam to zaakceptować, choć zawsze nakładałam ten produkt godzinę przed pójściem spać,żeby nie wycierać wszystkiego w poduszkę.

Krem nawilża i to właściwie cała jego rola. Myślę, że nada się do skóry suchej i bardzo suchej, ewentualnie do normalnej, ale napewno nie do mieszanej, a tymbardziej  do tłustej. To poprostu taki nocny nawilżacz za zdecydowanie przesadzoną cenę. W dodatku nie mam pojęcia, gdzie można go kupić. Miałam, zużyłam i zapominam.

Ocena : 3 / 5


2. Laboratorium Kosmetyczne Dr Irena Eris- Lirene- Emolient balsam lipidowy

Tak jak nie przepadam za kosmetykami tej marki, tak muszę napisać, że ten balsam lipidowy to bardzo dobry produkt. Jest gęsty, dośc przyjemnie pachnie i przede wszystkim świetnie radzi sobie z przesuszoną skórą. Używałam go co drugi dzień i tyle wystarczyło, bo moja skóra była po nim naprawdę gładka,a  uczucie suchości po prysznicu zniknęło. Mamy tutaj kwasy Omega 3, 6, 9 oraz olej parafinowy i masło kakaowe i o ile balsam potrzebuje chwili do wchłonięcia ( dlatego bardziej polecam go wieczorem) to jego działanie wynagradza nawet fatalne opakowanie. Pompka przestała działać po kilku użyciach, a że balsam jest gęsty to po jej odkręceniu nie chciał spływać, więc musiałam rozciąć twardą butelkę. Bardzi to niewygodne! Niemniej to jeden z lepszych balsamów na rynku.


Ocena : 5 / 5


3. Sephora- Instant Moistuizer- krem nawilżający do twarzy


Nie mam u siebie Sephory. Niestety. Ten krem dostałam jakiś czas temu i dość długo zajęło mi zużycie go również dlatego, że jest bardzo wydajny. Działaniu nie mogę nic zarzucić, bop ma być to krem nawilżający i taki właśnie jest. Fajny jako baza pod podkład i nie tylko.
Dość lekki, na chwilę pozostawia film, który wchłania się może nie do matu, ale nie jest to tłusta warstwa. Moja cera po nim nie błyszczała ani nie była przetłuszczona i myślę, że jest to produkt dla skóry od normalnej po tłustą z tym, że nie dla osób, które mają bardzo duży problem z wydzielaniem sebum. Cera jest przede wszystkim nawilżona na cały dzień i o to właśnie chodzi. Szkoda tylko, że krem nie posiada żadnego filtru, ale i tak go polecam jeśli oczywiście jest jeszcze dostępny w Sephorze.

Ocena: 5- / 5


4. Galenic - Pur- 2in 1 mleczko do demakijażu twarzy i oczu

To też jeden z produktów, które były ze mną dość długo. To mleczko jest bardzo dobrym oczyszczaczem, bo radzi sobie z  całym makijażem, a nie podrażnia, nie wysusza i nie natłuszcza skóry. Wielki plus tutaj daję za brak parafiny, która jest powszechna w takich produktach.

Mleczko jest średniogęste i lekko perfumowane. Tusz, cienie, eyeliner zmywa bez kłopotu ( również te wodoodporne) to samo tyczy się podkładu z tym, że ja potem i tak myję jeszcze twarz żelem bądź olejkiem. To dobry produkt. Nie wiem czy można go jeszcze gdzies dostać, ale jeśli tak to polecam!

Ocena : 5 /5


5. Ziaja- Ziajka- magiczny płyn do kąpieli Hokus Pokus kolorowa kąpięl

 Nie wiem dlaczego magiczny. To zwykły płyn, który na dodatek robi małą i nietrwałą pianę. Pachnie delikatnie, prawie niewyczuwalne i co najważniejsze nie podrażnia skóry dziecka, ale też jej nie nawilża. Więcej go nie kupię.


Ocena: 3/ 5


6.Urtekram - pasta do zębów dla dzieci Lukrecja

Tę pastę znalazłam na najniższej półce w Leclercu, choć jej cena wcale niska nie była, ale dla mnie liczy się to, że nie miała fluoru. Jest dość gęsta, biała i rzeczywiście mocno pachnie i smakuje lukrecją. Moim dzieciom ten smak odpowiadał, ale nie wszyscy go polubią. Pasta nie zawiera też żadnych substancji słodzących i SLS. Pieni się średnio. Poza tym tym to bardzo dobra pasta dla dzieci i dla wszystkich tych, którzy lubią charakterystyczny smak lukrecji.


Ocena: 5 / 5


7. Iwostin- Purritin-żel do mycia twarzy

Drugie opakowanie tego żelu odkopane gdzieś w czeluściach szafki, a że data ważności goniła to musiałam go zużyć. Żel jak żel. Jest średnio gęsty, nie robi dużej piany. Mimo wyciągu z aloesu czułam, że lekko przesusza mi skórę, choć ściągnięcia nie było aczkolwiek nie jest to produkt dla skóry suchej ( choć ja mam normalną). Jako,że nie mam problemów z cerą to u mnie oczywiście nic oprócz oczyszczenia twarzy nie robił. Przeciętniak do którego więcej nie wrócę.

Ocena: 3 / 5


8. Schwarzkopf- Got2b- 2sexy Big Volume- suchy szampon

Opisywałam już ten szampon, ale dla tych, którym nie chce się czytać poprzedniej recki powiem tyle: fajerwerków tu nie ma, ale to dość dobry produkt, na początku myślałam, że jest lepszy, ale z biegiem czasu wyszło, że mógłby jednak działać lepiej.

Nie jest przezroczysty jak głosi napis na opakowaniu. Na ciemnych włosach go widać z tym, że dużo mnie niż np. Batiste czy suchy szampon Fudge, jest też łatwiejszy do wyczesania. Jako, że stosuję go wyłącznie na grzywkę to oceniam działanie tylko na tym polu i powiem, że szampon odświeża fryzurę i można dzięki temu wyjść do ludzi w kryzysowaych sytuacjach, ale radzi sobie gorzej niż taki Batiste czy Tony&Guy,a  w dodatku strasznie raził mnie jego malinowy, intensywny zapach, który kłócił się z lżejszymi perfumami. Jest bardzo wydajny dlatego miałam go tak długo, ale już do niego nie wrócę.

 Ocena: 3 + / 5


9. L´oreal - Nutri Gold- balsam pod oczy


Recenzja tego kremu jest TU

To moje drugie opakowanie i myślę, że wystarczy. Oceny nie zmieniam.


10. Nyx- Stay Matte But Not Flat- podkład w kompakcie odcień Creamy Natural

Recenzja TU 

Dla mnie to puder, a nie podkład. Nigdy więcej!




11. ROCS- pasta do zębów o smaku czekolady z miętą

Pasta bez fluoru o smaku czekoladek After Eight. Kto lubi ten smak będzie zachwycony. Mój starszy synek polubił tę pastę i napewno jeszcze ją kupię. Jak każda pasta ROCS dobrze się pieni i poprostu spełnia swoją rolę na 5.

Ocena: 5 / 5


12. System 4 - Oil Cure Hair Mask

Miniatura tej maski ( 20ml) była w jednym z Bette Boxów. Jest to marka fińska, choć przyznam szczerze, że nie wiem, gdzie ten produkt można kupić, nie ma go nigdzie, nie widziałam jego pełnowymiarowego opakowania. Nic to, bo to przeciętniak. Dla mnie bardziej jako odżywka,a  nie maska, bo niewiele robi.

Jest dośc gęsta i bezzapachowa. Nakładałam ją i solo i przy olejowaniu i jako dodatek do domowej maski z płatków owsianych. Zawsze tylko lekko nawilżała i nic więcej. Dlatego nie widzę sensu się za nią uganiać. Zużyłam i zapomniałam.


13. L´oreal -  Mega Volume Miss Hippie- tusz do rzęs

Recenzja TU

Oceny nie zmieniam. Średni tusz i już do niego nie wrócę.






14. Ziaja- Oczyszczanie- Liście Manuka- krem nawilżający balans korygująco-ściągający

Druga próbka tego kremu i muszę przyznać, że jest niezły, ale nie skuszę się na pełnowymiarowe opakowanie. Krem u mnie przede wszystkim matował, ale bez uczucia ściągnięcia i przesuszenia. Nawilżenie również było, choć mogłoby być trochę większe. Niemniej jest to dobry krem na dzień pod makijaż.


15. Tony Moly- Green Tea Watery Cream

Bardzo mała próbka, starczyła mi na dwa razy i wiem, że tego kremu nie kupię. To w zasadzie nie krem, a bardzo rzadki, bezbarwny żel o przyjemnym zapachu zielonej herbaty. Wchłania się natychmiastowo i niestety w moim przypadku za słabo nawilżał. Po dwóch godzinach czułam jakbym nie posmarowała niczym skóry po porannym myciu, więc posiadaczki skóry suchej tymbardziej będa niezadowolone. Ten produkt lepiej sprawdza się nakładany jako serum pod inny krem albo w parze właśnie z jakimś serum, ale solo napewno nie. Dziwna sprawa, bo ja nie mam wysuszonej skóry. Myślę, że to produkt dla tłustej i problematycznej.


Ocena: 3 - / 5


W tym miesiącu nie pozbyłam się ani jednego flakonu perfum.



Znacie coś z mojego denka?











poniedziałek, 5 czerwca 2017

Therry Mugler- Cologne







Dla tych przyzwyczajonych do bardzo oryginalnych i często wręcz szokujących kompozycji Muglera Cologne może być wielkim zdziwieniem, bo jest to w dalszym ciągu zapach tego kreatora, ale taki mało muglerowski. Jest prosty, a mimo to bardzo udany i świetnie się nosi w sezonie wiosna- lato szczególnie w upały.








Świeży,zielony i uniwersalny Cologne to taki zapach, który jest dopełnieniem luźnej stylizacji jak jeansy, koszulka i Conversy bądź letnia sukienka i sandały. Wszystko na luzie i bez zadęcia. Do biura napewno też się nada choć jeśli mamy narzucony dress code to raczej nie widzę tej kompozycji w zestawieniu z ołówkową spódnicą i garsonką. Na ślub dla panny młodej raczej  odpada, choć wiadomo co kto lubi. Bergamotka z kwiatem pomarańczy i delikatnye mydlanym piżmem dającym nutę czystości. Ot cały przepis na idealne pachnidło dla każdego kto jednak na ciepłe dni wybiera cytrusowe pachnidła. Ja dotychczas do takich nie byłam przekonana, bo każdy brzmiał chemicznie i cytrusy przypominały detergenty do mycia łazienki. Tutaj tego nie ma.


Cologne nie ma w sobie ani trochę chemicznych naleciałości i nosi się wyjątkowo dobrze zarówno na kobiecej jak i na męskiej skórze, bo nie przechyla się na żadną stronę. Nie jest ani zbyt koloński, a tego najbardziej nie lubię w unisexach. Warto jednak nosić flakon ze sobą, bo parametry nie powalają. Ja nie czuję już go na sobie po 1,5godz i normalnie byłabym z tego powodu wściekła, ale zapach jest tak błogi, że nie mogę się czepiać o to, choć to jednak dośc znaczna wada.


Jeśli szukacie odświeżacza na upalne dni to konieczne sprawdźcie Cologne, nie zawiedziecie się!


Nuty zapachowe:

nuty główy: bergamotka, neroli, petitgrain

nuty serca: kwiat pomarańczy

nuty bazy: piżmo



Ocena: 5- / 5

Cena: 100ml / ok. 120zł

Dostępność : perfumerie online



Znacie Cologne?

środa, 31 maja 2017

Rimmel- Scandaleyes Retro Glam






W czasach nastoletnich ( czyli wcale nie tak dawno) używałam głównie tuszy Rimmel, bo były tanie i dostępne w mojej osiedlowej drogerii, a były to jeszcze lata, gdy Rossmann i podobne sieciówki nie były tak powszechne. Nie miałam wtedy dużych oczekiwań, chciałam poprostu,żeby rzęsy były wydłużone i mocno pogrubione i te tusze spełniały swoją rolę. Potem na jakiś czas z nich zrezygnowałam, a obecnie znów z ciekawością do nich wracam i okazuje się, że albo są dobre albo zupełnie przeciętne i nie warte kolejnego zakupu i Scandaleyes Retro Glam jest dokładnie taki.  Jest to tusz mający optycznie powiększać oczy i nadawać efekt sztucznych rzęs. Niestety nie mogę się z tym zgodzić.


Opakowanie: czarno-białe, grube i estetyczne mieści 12ml produktu. Szczoteczka ma jakby kształt klepsydr i dla mnie właśnie ona jest tu główną winowajczynią. Źle mi się nią maluje.






Konstystencja: nie odbiega od innych tuszy Rimmel, czyli w sam raz. Ani nie za gęsta ani za rzadka. Kolor czarny jednak nie jest jakoś bardzo nasycony.



Działanie: i tu mogłabym napisać krótko, że ten tusz nie spełnia moich wymagań. Denerwuje mnie ta szczoteczka, bo w zasadzie w niczym ona nie pomaga, a tusz nawet po 3 warstwach słabo pogrubia, jedynie trochę wydłuża, ale rezultat końcowy i tak jest raczej naturalny, zdażało mu się też robić z rzęs ´´chude patyki´´ powyginanie we wszystkie strony  Nijak nie umiem osiągnąć tą maskarą obiecywanego efektu sztucznych rzęs. W dodatku nie jest to kosmetyk do użytku w tzw. biegu. Aplikować go powinnyśmy powoli i starannie inaczej skleja.

Jako plus przyznaję to, że nawet po tych 3 warstwach rzęsy nie są ciężkie i nie wygląda to nienaturalnie, bo jak już wspomniałam jest to moim zdaniem kosmetyk do użytku na codzień i dla tych, które preferują lekkie podkreślenie rzęs. No i jeszcze jedno: po niedługim czasie od pomalowania znajduję pod oczami czarne paprochy, czyli sprawa jest jasna: tusz się kruszy i też rozmazuje, bo nawet lekko wilgotne oczy np. od podmuchu wiatru i w kąciku mam czarną smugę. Niedobrze.

W mojej ocenie to nie jest dobry tusz. Może nie jest też zupełnie fatalny, ale w ofercie marki Rimmel da się znaleźć  dużo lepsze. Ten zużyję i więcej napewno go nie kupię.





Ocena: 2+ / 5

Cena: 12ml / zapłaciłam 6€ z groszami

Dostępność: w szafach Rimmel


Dajcie znać, czy testowałyście ten tusz!


poniedziałek, 29 maja 2017

Ados- Neon Fluo nr 11






Seria neonowych kolorów lakierów naszej rodzimej marki Ados przyciągnęła mój wzrok kilka miesiący temu i mimo, że na ogół nie lubię nosić paznokci pomalowanych takimi odcieniami to chyba ta tęknota za ciepłymi i słonecznymi dniami spowodowała, że kupiłam tę intensywną żółć nr 11, a potem pomarańcz i czerwień, ale już przy żółtym wiedziałam, że lakier jest przeciętny i tak naprawdę jedyną jego zaletą jest właśnie ten wakacyjny, rzucający się w oczy odcień.


Opakowanie: małe, 6g, pędzelek jest tradycyjny, ale dobrze się nim maluje


Konsystencja: trochę za rzadka, bo lakier lubi rozlewać się po płytce paznokcia i niestety robi smugi i prześwity


Kolor : nr 11 to bardzo intensywna neonowa żółć, która tak naprawdę jest bardziej nasycona niż na fotce, ale nijak nie udało mi się tego uchwycić, więc musicie wierzyć mi na słowo :)


Działanie: lakier jak już wspomniałam robi smugi i prześwity i to nawet po dwóch warstwach! Trzecia pokrywa płytkę, ale i tak patrząc z bliska nie jest to pełne krycie. Na szczęście czas schnięcia jest dość szybki, bo inaczej nie chciałoby mi się bawić w malowanie.

 Niestety nie nacieszyłam się tym sympatycznym kolorem za długo, bo pomimo zabezpieczenia go top coatem lakier popękał już po niecałych dwóch dnich i to bez robienia jakiś wielkich rzeczy, żadnego prania ręcznego, zmywania czy wyrabiania ciasta, więc w sumie wychodzi na to, że sam w sobie jest niskiej jakości skoro nadaje się do zmycia po ok 48godz!   Ze zmyciem problemu nie ma, choć lakier trochę pobrudził mi skórę naookoło paznokci i nie dało się tego tak szybko usunąć.

Za dużo wad ma ten produkt bym mogła go w pełni polecić. Napewno w ofercie innych marek znajdziecie podobny odcień, a Neo Fluo możecie pominąć.


Ocena: 3 - / 5

Cena: 6g / kupiłam za 4,79zł

Dostępność : TU



Znacie lakiery Neon Fluo?

poniedziałek, 22 maja 2017

Flos-Lek- Eye Care Expert- wypełniajacy krem na´´ kurze łapki´´






Wszystkie kremy pod oczy witam z otwartymi ramionami, a to dlatego, że mam w tych rejonach skórę dość suchą, która lubi się dodatkowo jeszcze przesuszać pod makijażem. Zdarzyło mi się nie raz, że po dokłdnym nawilżeniu nałożyłam korektor, a tu szok: skóra na powiece zaczęła się łuszczyć, była strasznie sucha mimo, że przecież chwilę temu wsmarowałam i w nią krem. Nie wiem dlaczego tak się dzieje, ale dobry, treściwy krem pod oczy to kosmetyyk, który obowiązkowo zabrałabym na bezludną wyspę i mimo, że zmarszczek u siebie jeszcze nie widzę to staram się im przeciwdziałać dlatego wybieram głównie kremy przeciwmarszczkowe. Taki też krem naszej rodzimej marki Flos-Lek dostałam do wypróbowania.

Opakowanie: wąska buteleczka 15ml wyposażona w płaski aplikator. Niestety opakowanie nie jest przezroczyste.


Zapach i Konsystencja: bezzapachowy, lekki krem, który bardzo szybko się wchłania i nie pozostawia tłustej warstwy.




Działanie: i tu mam mieszane uczucia, bo generalnie kosmetyk w sam sobie jest w porzadku. Nawilża, lekko wygładza i ogólnie krzywdy nie robi, ale jest jakiś taki nijaki. Nie wywiązuje się ze swoich podstawowych zadań w 100%. To nawilżenie nie będzie wystarczające dla kogoś kto ma już zmarszczki i bardzo wysuszoną skórę. U mnie sprawa ma się tak, że kiedy rano nałożę ten krem jest dobrze, ale po aplikacji wieczornej rano już czuję, że muszę dołożyć kolejną porcję. Dlatego bardziej poleciłabym ten specyfik dla tych z was, które mają skórę młodą, nie suchą i potrzebują tylko delikatnego nawilżacza, który dodatkowo będzie działał przeciw zmarszczkom. Do zadań specjalnych ten krem się poprostu nie nadaje.

Czy rzeczywiście wypełnia kurze łapki tego nie wiem aczkolwiek śmiem wątpić. To taki przeciętny krem. Szału nie robi, skóra wygląda po nim tak samo jest tylko trochę bardziej nawilżona. Kosmetyk jakich tysiące na drogeryjnych i aptecznych półkach.Kompletnie niczym się nie wyróżnia. Można wypróbować szczegółnie jeśli poszukujecie kremu pod oczy na dzień.


Ocena: 3 + / 5

Cena:  15ml / ok. 20zł

Dostępność: głównie w aptekach



Znacie ten krem?


piątek, 19 maja 2017

Anna Sui - L´Amour Rose






Matowy flakonik z różowym płynem na fotkach prezentuje się lepiej niż na żywo, choć jest utrzymany w charakterystycznym stylu Anny Sui. W ogóle zapach ten powstał w ubiegłym roku, ale na półkach fińskich perfumerii pojawił się w tym roku w lutym i przeszedł bez echa co w ogóle mnie nie dziwi. Ominęłabym go nawet bez testowania, ale jego skład obiecuje, że w środku będzie nuta moich ulubionych makaroników, więc spodziewałam się jakiegoś różowego słodziaka, może nawet infantylnego, ale przyjemnego.

Tymczasem L´Amour Rose to takie perfumowe byleco co było już tysiące razy głównie na niskich półkach i niczym się nie wyróżnia.Otwarcie to świeżość mandarynki. Słodkawej nie kwaskowatej, a dalej dobiega aromat kwiatu wiśni wraz z inną wyraźną kwiatową nutą, której jednak nie mogę zidentyfikować. Nie wiem jaki to konkretnie kwiat, ale również jest lekki. Czy to ta mimoza? Końcówka to dość niefajne mydlane piżmo i żegnamy się, bo zapach już ucieka. To wszystko trwa bardzo krótko. To tak jakby te składniki biegły w jakimś maratonie jak najszybciej się da. Nie czuję tu nic co ma przypominać watę cukrową i makaroniki, ziemiste, orzechowej nuty pistacji też brak.

Kompozycja jest wyjątkowo subtelna, delikatna. Nawet nie zdąży dobrze osiąść na skórze, a już jej nie ma także parametry są bardzo słabe i to zabawne, bo w tym roku marka wypuściła ten sam zapach w wersji wody toaletowej i nie chcę nawet wiedzieć jak krótki żywot musi tego być skoro woda perfumowana nie trzyma się prawie wcale. Zresztą tu nawet nie chodzi o te parametry. Ta kompozycja jest słaba i bez polotu. Straszliwie banalna i nudna, nic się tu nie dzieje. Niby dla każdego,a tak naprawdę dla nikogo. Spokojnie można sobie odpuścić kupno,a  na prezent też nie polecam, bo obdarowana osoba raczej nie będzie zadowolona.

L´Amour Rose to takie nic. Szkoda wydawać na rynek tak słabe perfumy.


Nuty zapachowe:

nuty główy: mandarynka, pistacje, makaroniki, neroli

nuty serca: kwiat wiśni, mimoza

nuty bazy: wata cukrowa, piżmo


Ocena: 1 / 5

Cena: W Finlandii dostępne jest tylko 30ml w cenie 44€, nie jestem pewna jak z dostępnością w Polsce

Dostępność : w Finlandii w sieci perfumerii Sokos Emotion



Testowałyście już ten zapach?

środa, 17 maja 2017

L´oreal- Colorista Paint -farba do włosów odcień Ronze



L´oreal zaskoczyło i wypuściło na rynek serię Colorista  w której skład wchodzą spraye do koloryzjacji włosów, tradycyjne farby i zmywalne oraz szampon do stopniowego usuwania koloru. Wszystko to w najmodniejszych, odważnych odcieniach. Koniecznie musiałam wypróbować permamentną farbę, ale nie umiałam nigdzie znaleźć odcienia Cherry Red, więc wzięłam Ronze i obawiałam się, czy aby nie będzie to brąz z czerwonawym połyskiem, ale nie. Kolor jest dokładnie taki sam jak na opakowaniu,a to rzadko kiedy się zdarza.




Opakowanie: w opakowaniu znajdziemy tubę z kolorem 60ml, aktywator, dobry jakościowo pędzlek, parę przydatnych foliowych rękawiczek oraz  tubkę odżywki do włosów.

Zapach i Konsystencja: jako, że jest to farba z amoniakiem to ma charakterystyczny zapach. Mnie nie przeszkadza, zdążyłam się przyzwyczaić. Natomiast producent twierdzi, że farba ma postać żelo- kremu. Ja bym powiedziała, że to wygląda bardziej jak  zimny budyń truskawkowy. Po kilku minutach farba robi się bardziej kremowa i ma już odcień mocnej wiśni.

Nakładanie: farbę nakładałam na nieumyte włosy na które wcześniej nałożyłam olej lniany i ten sposób bardzo polecam. Sama aplikacja jest bardzo prosta i pomaga w tym zarówno konsystencja tej farby ( nie spływa, nawet nie brudzi tak bardzo jak inne czerwone farby, których używałam) jak i wspomniany pędzelek. Na włosy mojej długości potrzebne były dwa opakowania produktu.

Odcień: Ronze to wbrew temu co można by sądzić po tej nazwie bardzo ładna wiśniowa czerwień. Na moich włosach wyszła praktycznie taka sama jak na opakowaniu.






Zmywanie: po 30minutach farbę zmyłam najpierw pod strumieniem wody,a  potem umyłam włosy szamponem po koloryzacji L´oreal Inoa i nałożyłam dodaną odżywkę i już wtedy zauważyłam, że włosy są wyjątkowo gładkie i wręcz aksamitne w dotyku. Następnie lekko poduszyłam je suszarką.

Efekt końcowy: kolor wyszedł bardzo lśniący, żywy, a włosy nie są ani trochę przesuszone ani zniszczone. Są bardzo przyjemne w dotyku, ale zauważyłam, że ta dodana odżywka lubi obciążać, więc nie polecam jej używać jeśli wasze włosy lubią oklapnąć i szybko tracą świeżość. Ja z niej zrezygnowałam i będę po nią sięgać tylko po kolejnych farbowaniach.

Jestem bardzo zadowolona z tego produktu i jeśli farba będzie trzymać się te 4 tygodnie ( tak mniej więcej wytrzymują takie kolory) to napewno kupię ją ponownie. Polecam przetestować Colorista Paint, bo odcienie są bardzo ciekawe i można zaszaleć!


Ocena: 5 / 5

Cena: w Finlandii ta farba kosztuje 6,90€

Dostępność :w Finlandii w większości sklepów, w Polsce w Rossmanie



Testowałyście już tę farbę?

poniedziałek, 15 maja 2017

Rzepowe wałki hit czy kit?



Zamarzyła mi się większa objętość włosów, bo moje naturalnie falowane włosy wyglądają po umyciu jakbym dzień spędziła na plaży, ale jednak efektu volume im brakuje. Na nic sie zdają spraye, pianki i inne psikadła, więc wzięłam się za czytanie o rzepowych wałkach i pomyślałam, że może to one wreszcie coś z tym zrobią.Myślałam nad  sławnymi Sleep In Rollers, ale w sklepie znalazłam ich fiński odpowiednik marki Ibero za trochę niższą cenę, który wygląda tak samo. No i obecnie zastanawiam się po co wyrzuciłam te parę groszy w błoto, bo wałki bardziej szkodzą aniżeli pomagają.

Ich średnica to 40mm, więc podejrzewałam, że loków nie będą za bardzo robić tylko dodawać objętości i też o to właśnie mi chodziło.  Nakładałam je więc na podsuszone włosy na które wcześniej aplikowałam lekki spray z jedwabiem albo czasem piankę i po zamontowaniu wałka zabezpieczałam go wsuwką i szłam spać mając nadzieję, że rano obudzę się z hollywodzką fryzurą. Niestety ich ściągnięcie to wyższa szkoła jazdy, bo niemiłosiernie ciągną włosy i pozbycie się ich jest wyjątkowo nieprzyjemne i trwa długo. Podejrzewam, że w przypadku włosów krótszych niż moje może to być łatwiejsze, ale i tak wałki wyrywają kępki włosów! Nie mam pojęcia jak zdjąć je szybko i bezboleśnie bez szkody dla włosów. Myślę, że poprostu one już tak mają.Niemniej jest to ich ogromna wada, w zasadzie dla mnie nie do zaakceptowania.





Na a co z efektem? Ano nic. Włosy były wręcz rozprostowane (!) co mnie szczerze zdziwiło, bo nie pomyślałam, że wałki mogą tak działać. Po naturalnych falach nie było mowy, wyglądało to wręcz tak jakbym trochę niedbale przejechała po puklach prostownicą i nie zależało mi na całkowitym ich wyprostowaniu. Objętość? Nic z tych rzeczy, a mówiąc więcej końcówki włosów były napuszone i pewnie to rezultat ściągania tych rzepów. Generalnie fryzura wyglądała źle, a że nie miałam czasu jej jakoś ogarnąć to zaplotłam warkocz i tyle. Nie tego się jednak spodziewałam, bo wszędzie takie wałki są bardzo polecane, a dziewczyny dzięki nim wyczarowują świetne fryzury pełne objętości.  Nie sądzę, żeby to była moja wina, bo w końcu jak trudne jest nałożenie sobie wałków na głowę? Obawiam się też, że takie rzepowe ustrojstwo używane regularnie fatalnie wpłynie na kondycję włosów, bo rwanie ich to nic co powinno mieć miejsce. Dlatego sama już po nie nie sięgnę. Te kilka testów dało mi do myślenia i nie będę ryzykować.  Zastanawiałam się już nawet czy to z moimi wałkami może być coś nie tak, ale nie. Dziwię się jak można nimi uzyskać oszałamiający efekt kiedy u mnie wyszła jedna wielka tragedia.  Kolejny przereklamowany gadżet.

Ocena: 0 / 5

Cena: 7€ / 10szt

Dostępność: wszędzie w fińskich sklepach


A jakie Wy macie doświadczenia z rzepowymi wałkami?