środa, 31 maja 2017

Rimmel- Scandaleyes Retro Glam






W czasach nastoletnich ( czyli wcale nie tak dawno) używałam głównie tuszy Rimmel, bo były tanie i dostępne w mojej osiedlowej drogerii, a były to jeszcze lata, gdy Rossmann i podobne sieciówki nie były tak powszechne. Nie miałam wtedy dużych oczekiwań, chciałam poprostu,żeby rzęsy były wydłużone i mocno pogrubione i te tusze spełniały swoją rolę. Potem na jakiś czas z nich zrezygnowałam, a obecnie znów z ciekawością do nich wracam i okazuje się, że albo są dobre albo zupełnie przeciętne i nie warte kolejnego zakupu i Scandaleyes Retro Glam jest dokładnie taki.  Jest to tusz mający optycznie powiększać oczy i nadawać efekt sztucznych rzęs. Niestety nie mogę się z tym zgodzić.


Opakowanie: czarno-białe, grube i estetyczne mieści 12ml produktu. Szczoteczka ma jakby kształt klepsydr i dla mnie właśnie ona jest tu główną winowajczynią. Źle mi się nią maluje.






Konstystencja: nie odbiega od innych tuszy Rimmel, czyli w sam raz. Ani nie za gęsta ani za rzadka. Kolor czarny jednak nie jest jakoś bardzo nasycony.



Działanie: i tu mogłabym napisać krótko, że ten tusz nie spełnia moich wymagań. Denerwuje mnie ta szczoteczka, bo w zasadzie w niczym ona nie pomaga, a tusz nawet po 3 warstwach słabo pogrubia, jedynie trochę wydłuża, ale rezultat końcowy i tak jest raczej naturalny, zdażało mu się też robić z rzęs ´´chude patyki´´ powyginanie we wszystkie strony  Nijak nie umiem osiągnąć tą maskarą obiecywanego efektu sztucznych rzęs. W dodatku nie jest to kosmetyk do użytku w tzw. biegu. Aplikować go powinnyśmy powoli i starannie inaczej skleja.

Jako plus przyznaję to, że nawet po tych 3 warstwach rzęsy nie są ciężkie i nie wygląda to nienaturalnie, bo jak już wspomniałam jest to moim zdaniem kosmetyk do użytku na codzień i dla tych, które preferują lekkie podkreślenie rzęs. No i jeszcze jedno: po niedługim czasie od pomalowania znajduję pod oczami czarne paprochy, czyli sprawa jest jasna: tusz się kruszy i też rozmazuje, bo nawet lekko wilgotne oczy np. od podmuchu wiatru i w kąciku mam czarną smugę. Niedobrze.

W mojej ocenie to nie jest dobry tusz. Może nie jest też zupełnie fatalny, ale w ofercie marki Rimmel da się znaleźć  dużo lepsze. Ten zużyję i więcej napewno go nie kupię.





Ocena: 2+ / 5

Cena: 12ml / zapłaciłam 6€ z groszami

Dostępność: w szafach Rimmel


Dajcie znać, czy testowałyście ten tusz!


poniedziałek, 29 maja 2017

Ados- Neon Fluo nr 11






Seria neonowych kolorów lakierów naszej rodzimej marki Ados przyciągnęła mój wzrok kilka miesiący temu i mimo, że na ogół nie lubię nosić paznokci pomalowanych takimi odcieniami to chyba ta tęknota za ciepłymi i słonecznymi dniami spowodowała, że kupiłam tę intensywną żółć nr 11, a potem pomarańcz i czerwień, ale już przy żółtym wiedziałam, że lakier jest przeciętny i tak naprawdę jedyną jego zaletą jest właśnie ten wakacyjny, rzucający się w oczy odcień.


Opakowanie: małe, 6g, pędzelek jest tradycyjny, ale dobrze się nim maluje


Konsystencja: trochę za rzadka, bo lakier lubi rozlewać się po płytce paznokcia i niestety robi smugi i prześwity


Kolor : nr 11 to bardzo intensywna neonowa żółć, która tak naprawdę jest bardziej nasycona niż na fotce, ale nijak nie udało mi się tego uchwycić, więc musicie wierzyć mi na słowo :)


Działanie: lakier jak już wspomniałam robi smugi i prześwity i to nawet po dwóch warstwach! Trzecia pokrywa płytkę, ale i tak patrząc z bliska nie jest to pełne krycie. Na szczęście czas schnięcia jest dość szybki, bo inaczej nie chciałoby mi się bawić w malowanie.

 Niestety nie nacieszyłam się tym sympatycznym kolorem za długo, bo pomimo zabezpieczenia go top coatem lakier popękał już po niecałych dwóch dnich i to bez robienia jakiś wielkich rzeczy, żadnego prania ręcznego, zmywania czy wyrabiania ciasta, więc w sumie wychodzi na to, że sam w sobie jest niskiej jakości skoro nadaje się do zmycia po ok 48godz!   Ze zmyciem problemu nie ma, choć lakier trochę pobrudził mi skórę naookoło paznokci i nie dało się tego tak szybko usunąć.

Za dużo wad ma ten produkt bym mogła go w pełni polecić. Napewno w ofercie innych marek znajdziecie podobny odcień, a Neo Fluo możecie pominąć.


Ocena: 3 - / 5

Cena: 6g / kupiłam za 4,79zł

Dostępność : TU



Znacie lakiery Neon Fluo?

poniedziałek, 22 maja 2017

Flos-Lek- Eye Care Expert- wypełniajacy krem na´´ kurze łapki´´






Wszystkie kremy pod oczy witam z otwartymi ramionami, a to dlatego, że mam w tych rejonach skórę dość suchą, która lubi się dodatkowo jeszcze przesuszać pod makijażem. Zdarzyło mi się nie raz, że po dokłdnym nawilżeniu nałożyłam korektor, a tu szok: skóra na powiece zaczęła się łuszczyć, była strasznie sucha mimo, że przecież chwilę temu wsmarowałam i w nią krem. Nie wiem dlaczego tak się dzieje, ale dobry, treściwy krem pod oczy to kosmetyyk, który obowiązkowo zabrałabym na bezludną wyspę i mimo, że zmarszczek u siebie jeszcze nie widzę to staram się im przeciwdziałać dlatego wybieram głównie kremy przeciwmarszczkowe. Taki też krem naszej rodzimej marki Flos-Lek dostałam do wypróbowania.

Opakowanie: wąska buteleczka 15ml wyposażona w płaski aplikator. Niestety opakowanie nie jest przezroczyste.


Zapach i Konsystencja: bezzapachowy, lekki krem, który bardzo szybko się wchłania i nie pozostawia tłustej warstwy.




Działanie: i tu mam mieszane uczucia, bo generalnie kosmetyk w sam sobie jest w porzadku. Nawilża, lekko wygładza i ogólnie krzywdy nie robi, ale jest jakiś taki nijaki. Nie wywiązuje się ze swoich podstawowych zadań w 100%. To nawilżenie nie będzie wystarczające dla kogoś kto ma już zmarszczki i bardzo wysuszoną skórę. U mnie sprawa ma się tak, że kiedy rano nałożę ten krem jest dobrze, ale po aplikacji wieczornej rano już czuję, że muszę dołożyć kolejną porcję. Dlatego bardziej poleciłabym ten specyfik dla tych z was, które mają skórę młodą, nie suchą i potrzebują tylko delikatnego nawilżacza, który dodatkowo będzie działał przeciw zmarszczkom. Do zadań specjalnych ten krem się poprostu nie nadaje.

Czy rzeczywiście wypełnia kurze łapki tego nie wiem aczkolwiek śmiem wątpić. To taki przeciętny krem. Szału nie robi, skóra wygląda po nim tak samo jest tylko trochę bardziej nawilżona. Kosmetyk jakich tysiące na drogeryjnych i aptecznych półkach.Kompletnie niczym się nie wyróżnia. Można wypróbować szczegółnie jeśli poszukujecie kremu pod oczy na dzień.


Ocena: 3 + / 5

Cena:  15ml / ok. 20zł

Dostępność: głównie w aptekach



Znacie ten krem?


piątek, 19 maja 2017

Anna Sui - L´Amour Rose






Matowy flakonik z różowym płynem na fotkach prezentuje się lepiej niż na żywo, choć jest utrzymany w charakterystycznym stylu Anny Sui. W ogóle zapach ten powstał w ubiegłym roku, ale na półkach fińskich perfumerii pojawił się w tym roku w lutym i przeszedł bez echa co w ogóle mnie nie dziwi. Ominęłabym go nawet bez testowania, ale jego skład obiecuje, że w środku będzie nuta moich ulubionych makaroników, więc spodziewałam się jakiegoś różowego słodziaka, może nawet infantylnego, ale przyjemnego.

Tymczasem L´Amour Rose to takie perfumowe byleco co było już tysiące razy głównie na niskich półkach i niczym się nie wyróżnia.Otwarcie to świeżość mandarynki. Słodkawej nie kwaskowatej, a dalej dobiega aromat kwiatu wiśni wraz z inną wyraźną kwiatową nutą, której jednak nie mogę zidentyfikować. Nie wiem jaki to konkretnie kwiat, ale również jest lekki. Czy to ta mimoza? Końcówka to dość niefajne mydlane piżmo i żegnamy się, bo zapach już ucieka. To wszystko trwa bardzo krótko. To tak jakby te składniki biegły w jakimś maratonie jak najszybciej się da. Nie czuję tu nic co ma przypominać watę cukrową i makaroniki, ziemiste, orzechowej nuty pistacji też brak.

Kompozycja jest wyjątkowo subtelna, delikatna. Nawet nie zdąży dobrze osiąść na skórze, a już jej nie ma także parametry są bardzo słabe i to zabawne, bo w tym roku marka wypuściła ten sam zapach w wersji wody toaletowej i nie chcę nawet wiedzieć jak krótki żywot musi tego być skoro woda perfumowana nie trzyma się prawie wcale. Zresztą tu nawet nie chodzi o te parametry. Ta kompozycja jest słaba i bez polotu. Straszliwie banalna i nudna, nic się tu nie dzieje. Niby dla każdego,a tak naprawdę dla nikogo. Spokojnie można sobie odpuścić kupno,a  na prezent też nie polecam, bo obdarowana osoba raczej nie będzie zadowolona.

L´Amour Rose to takie nic. Szkoda wydawać na rynek tak słabe perfumy.


Nuty zapachowe:

nuty główy: mandarynka, pistacje, makaroniki, neroli

nuty serca: kwiat wiśni, mimoza

nuty bazy: wata cukrowa, piżmo


Ocena: 1 / 5

Cena: W Finlandii dostępne jest tylko 30ml w cenie 44€, nie jestem pewna jak z dostępnością w Polsce

Dostępność : w Finlandii w sieci perfumerii Sokos Emotion



Testowałyście już ten zapach?

środa, 17 maja 2017

L´oreal- Colorista Paint -farba do włosów odcień Ronze



L´oreal zaskoczyło i wypuściło na rynek serię Colorista  w której skład wchodzą spraye do koloryzjacji włosów, tradycyjne farby i zmywalne oraz szampon do stopniowego usuwania koloru. Wszystko to w najmodniejszych, odważnych odcieniach. Koniecznie musiałam wypróbować permamentną farbę, ale nie umiałam nigdzie znaleźć odcienia Cherry Red, więc wzięłam Ronze i obawiałam się, czy aby nie będzie to brąz z czerwonawym połyskiem, ale nie. Kolor jest dokładnie taki sam jak na opakowaniu,a to rzadko kiedy się zdarza.




Opakowanie: w opakowaniu znajdziemy tubę z kolorem 60ml, aktywator, dobry jakościowo pędzlek, parę przydatnych foliowych rękawiczek oraz  tubkę odżywki do włosów.

Zapach i Konsystencja: jako, że jest to farba z amoniakiem to ma charakterystyczny zapach. Mnie nie przeszkadza, zdążyłam się przyzwyczaić. Natomiast producent twierdzi, że farba ma postać żelo- kremu. Ja bym powiedziała, że to wygląda bardziej jak  zimny budyń truskawkowy. Po kilku minutach farba robi się bardziej kremowa i ma już odcień mocnej wiśni.

Nakładanie: farbę nakładałam na nieumyte włosy na które wcześniej nałożyłam olej lniany i ten sposób bardzo polecam. Sama aplikacja jest bardzo prosta i pomaga w tym zarówno konsystencja tej farby ( nie spływa, nawet nie brudzi tak bardzo jak inne czerwone farby, których używałam) jak i wspomniany pędzelek. Na włosy mojej długości potrzebne były dwa opakowania produktu.

Odcień: Ronze to wbrew temu co można by sądzić po tej nazwie bardzo ładna wiśniowa czerwień. Na moich włosach wyszła praktycznie taka sama jak na opakowaniu.






Zmywanie: po 30minutach farbę zmyłam najpierw pod strumieniem wody,a  potem umyłam włosy szamponem po koloryzacji L´oreal Inoa i nałożyłam dodaną odżywkę i już wtedy zauważyłam, że włosy są wyjątkowo gładkie i wręcz aksamitne w dotyku. Następnie lekko poduszyłam je suszarką.

Efekt końcowy: kolor wyszedł bardzo lśniący, żywy, a włosy nie są ani trochę przesuszone ani zniszczone. Są bardzo przyjemne w dotyku, ale zauważyłam, że ta dodana odżywka lubi obciążać, więc nie polecam jej używać jeśli wasze włosy lubią oklapnąć i szybko tracą świeżość. Ja z niej zrezygnowałam i będę po nią sięgać tylko po kolejnych farbowaniach.

Jestem bardzo zadowolona z tego produktu i jeśli farba będzie trzymać się te 4 tygodnie ( tak mniej więcej wytrzymują takie kolory) to napewno kupię ją ponownie. Polecam przetestować Colorista Paint, bo odcienie są bardzo ciekawe i można zaszaleć!


Ocena: 5 / 5

Cena: w Finlandii ta farba kosztuje 6,90€

Dostępność :w Finlandii w większości sklepów, w Polsce w Rossmanie



Testowałyście już tę farbę?

poniedziałek, 15 maja 2017

Rzepowe wałki hit czy kit?



Zamarzyła mi się większa objętość włosów, bo moje naturalnie falowane włosy wyglądają po umyciu jakbym dzień spędziła na plaży, ale jednak efektu volume im brakuje. Na nic sie zdają spraye, pianki i inne psikadła, więc wzięłam się za czytanie o rzepowych wałkach i pomyślałam, że może to one wreszcie coś z tym zrobią.Myślałam nad  sławnymi Sleep In Rollers, ale w sklepie znalazłam ich fiński odpowiednik marki Ibero za trochę niższą cenę, który wygląda tak samo. No i obecnie zastanawiam się po co wyrzuciłam te parę groszy w błoto, bo wałki bardziej szkodzą aniżeli pomagają.

Ich średnica to 40mm, więc podejrzewałam, że loków nie będą za bardzo robić tylko dodawać objętości i też o to właśnie mi chodziło.  Nakładałam je więc na podsuszone włosy na które wcześniej aplikowałam lekki spray z jedwabiem albo czasem piankę i po zamontowaniu wałka zabezpieczałam go wsuwką i szłam spać mając nadzieję, że rano obudzę się z hollywodzką fryzurą. Niestety ich ściągnięcie to wyższa szkoła jazdy, bo niemiłosiernie ciągną włosy i pozbycie się ich jest wyjątkowo nieprzyjemne i trwa długo. Podejrzewam, że w przypadku włosów krótszych niż moje może to być łatwiejsze, ale i tak wałki wyrywają kępki włosów! Nie mam pojęcia jak zdjąć je szybko i bezboleśnie bez szkody dla włosów. Myślę, że poprostu one już tak mają.Niemniej jest to ich ogromna wada, w zasadzie dla mnie nie do zaakceptowania.





Na a co z efektem? Ano nic. Włosy były wręcz rozprostowane (!) co mnie szczerze zdziwiło, bo nie pomyślałam, że wałki mogą tak działać. Po naturalnych falach nie było mowy, wyglądało to wręcz tak jakbym trochę niedbale przejechała po puklach prostownicą i nie zależało mi na całkowitym ich wyprostowaniu. Objętość? Nic z tych rzeczy, a mówiąc więcej końcówki włosów były napuszone i pewnie to rezultat ściągania tych rzepów. Generalnie fryzura wyglądała źle, a że nie miałam czasu jej jakoś ogarnąć to zaplotłam warkocz i tyle. Nie tego się jednak spodziewałam, bo wszędzie takie wałki są bardzo polecane, a dziewczyny dzięki nim wyczarowują świetne fryzury pełne objętości.  Nie sądzę, żeby to była moja wina, bo w końcu jak trudne jest nałożenie sobie wałków na głowę? Obawiam się też, że takie rzepowe ustrojstwo używane regularnie fatalnie wpłynie na kondycję włosów, bo rwanie ich to nic co powinno mieć miejsce. Dlatego sama już po nie nie sięgnę. Te kilka testów dało mi do myślenia i nie będę ryzykować.  Zastanawiałam się już nawet czy to z moimi wałkami może być coś nie tak, ale nie. Dziwię się jak można nimi uzyskać oszałamiający efekt kiedy u mnie wyszła jedna wielka tragedia.  Kolejny przereklamowany gadżet.

Ocena: 0 / 5

Cena: 7€ / 10szt

Dostępność: wszędzie w fińskich sklepach


A jakie Wy macie doświadczenia z rzepowymi wałkami?

piątek, 12 maja 2017

Zużycia miesiąca-kwiecień 2017



Mała przerwa na blogu spowodowana poprostu brakiem czasu, a jak już wieczorem siądę do komputera mając w głowie pomysł na nowy post to zmęczenie bierze górę. Dlatego kwietniowe denko pojawia się właśnie teraz z lekkim poślizgiem.






Co wydenkowałam w kwietniu i czego się pozbyłam ?

1. Dr Organic- Organic Rose Otto Skin Toner- tonik Rose Otto

Bardzo delikatny, pięknie pachnący różą tonik, który robi to co ma robić, czyli usuwa ewentualne resztki makijażu, odświeża i tonizuje skórę. W dodatku nie podrażnia oczu. Jeden z lepszych toników jakie miałam i szkoda, że chyba już nie będzie mi go dane kupić ponownie, bo ciężko go dostać.

Ocena: 5 /5

2. Yves Rocher- Pure Bleuet-płyn do demakijażu oczu z wyciągiem z bławatka

To chyba najbardziej znany produkt Yves Rocher. Dwufazówka, czyli u góry mamy wartwę bezbarwną, a na dole białę, które należy wymieszać. Oczywiście płyn zostawia tłustą warstwę i jest to całkowicie normalne, bo nie znam dwufazy, która by tego nie robiła tyle, że mnie to nie przeszkadza, bo potem ścieram to micelem. Płyn jest łagodny i nie podrażnia, a rzeczywiście świetnie radzi sobie z mocnym makijażem. Z wodoodpornym jednak nie próbowałam, bo takiego nie stosuję. Zachomikowane mam jeszcze jedno opakowanie.

Ocena: 5 / 5

3. Astor- Volume&24H Curl-tusz pogrubiająco-podkręcający

Pokazywałam Wam ten tusz niedawno w tym poście TU i cieszę się, że udało mi się wykończyć ten produkt, bo mam o nim złe zdanie. Nigdy więcej!


4. I love...- Minty Choco Chip- żel pod prysznic o zapachu miętowo-czekoladowym

Kolejny żel z serii I love.... Nie znoszę mięty. Akceptuję ją jedynie w gumach do żucia i pastach do zębów więc dlaczego wybrałam tak pachnący żel skoro samo wspomnienie czekoladek After Eight jest dla mnie wyjątkowo przykre? Czysta ciekawość i mówiąc szczerze przyjemnie mi się tego produktu używało.

Żel jest zielonkawy i pachnie delikatnie miętowo. Czekolada jest praktycznie niewyczuwalna. Dobrze się pieni i ogólnie spełnia swoją rolę prysznicowego oczyszczacza. Nie nawilża, ale też nie wysusza. Sympatyczny kosmetyk dla tych, którzy lubują się w mięcie. Ja nie powtórzę zakupu.

Ocena: 4 /5

5. Maybelline- Colorsensational Shine Gloss

Błyszczyk pokazywany TU

To moje drugie opakowanie i śmiesznie się złożyło, bo dostałam ten egzemplarze w dokładnie tym samych kolorach co poprzednio, czyli Pink Shock i Fuchsia Flash .Zdania o tym kosmetyku nie zmieniłam. Jest wart polecenia i myślę, że jeszcze kiedyś skuszę się na jakiś Colorsensational, tyle, że już w innym odcieniu.


6. Isana- krem do ciała Shea&Kakao


Większośc z Was pewnie zna ten krem. To też nie jest moje pierwsze opakowanie, bo pamiętam, że miałam go kilka lat temu i bardzo lubiłam. Niestety nie wiem co jest grane, ale teraz ten kosmetyk bardzo mnie uczulił. Tak bardzo, że za każdym razem miałam na rękach i brzuchu czerwone , swędzące plamy. Dałam temu kremowi kilka szans i niestety wylałam zawartość, bo nie dało się tego używać. Krem owszem nawilża, wygładza i odżywia skórę, troche trwa zanim się wchłonie, ale to żaden problem jeśli oczywiście używamy go wieczorem. Pięknie pachnie słodkim kakao, ale nie wybaczę tego jak mnie urządził!

Ocena: 1 / 5

7. Biotherm- AquaSource Everplump- nawilżający krem do twarzy

1mililitrowa próbka, która starczyła mi na jedną aplikację i napewno nie kupiłabym pełnowymiarowego opakowania nie tylko z powodu dość wysokiej ceny, ale też dlatego, że ten krem słabo sobie radzi z nawilżeniem mojej normalnej skóry. Ma on bardzo lekką konsystencję przez co jest idealny pod makijaż w dodatku nie jest tłusty. Niestety ta konsystencja i uczucie na skórze przypomina mi silikonową bazę pod makijaż  i nic dziwnego, bo silikony zajmują wysoka pozycję w składzie, a że ja silikonowym baz nie lubię to i ten krem mi nie odpowiada.Wchłania się on natychmiastowo i nie zostawia po sobie żadnego śladu. Owszem coś tam nawilża, ale polecałabym go bardziej dla skóry tłustej i mieszanej, a już napewno nie dla suchej i bardzo suchej. Moim zdaniem nie wart swojej ceny.

8. Forever Living - Aloe Propolis Creme- krem aloesowo-propolisowy

Bardzo wydajna próbka 2ml wystarczyła mi na kilka solidnych aplikacji, ale niestety nie jest to krem dla mnie. Konsystencja jest dośc gęsta, o lekko żółtawym zabarwieniu i subtelnym zapachu jakby naturalnego miodu. Na skórze jednak ten krem zostawia dziwną woskową warstwę, która mnie drażniła i potrzeba było długiej chwili, aby zniknęła,choć i tak nie robi tego do końca dlatego też wolałam testować ten produkt jako krem na noc. Skóra była nawilżona, ale nie przesadnie.Bez fajerwerków aczkolwiek raz zdażyło mi się posmarować nim bardzo wysuszone dłonie i kosmetyk poradził sobie o wiele lepiej, bo załagodził podrażnienie i świąd, a ten woskowy film mi tak nie przeszkadzał. Nie kupiłabym jednak całego opakowania.


9. Yves Rocher- Sebo Vegetal- żel- krem matujący

Nie używam już kremów typowo matujących, bo moja skóra tego nie potrzebuje. Jednak tę maleńką 1ml próbkę zużyłam bez marudzenia, bo starczyła tylko na jedną aplikację. Jest to bardzo lekki żelo- krem, który stanowi dobra bazę pod makijaż. Szybko się wchłania nie pozostawiając żadnego śladu. Mojej skóry nie przesuszył, a tego się obawiałam. Miałam nawet wrażenie delikatnego nawilżenia. Matowanie owszem jest i to całkiem niezłe, choć raczej dla skóry, która nie jest wyjątkowo tłusta i problematyczna. Nie dla mnie, ale myślę, że warto go wypróbować.

10.Tony Moly-Panda´s Dream- krem do rąk

Dwie malutkie próbki tego pandowego kremu dostałam przy okazji zakupów koreańskich kosmetyków i chętnie kupiłabym całe opakowanie, bo to bardzo porządny produkt, przecież ja mam suche i mega wrażliwe dłonie, które wiekszość kremu nawilża do pierwszego umycia! Kem pachnie bardzo przyjemnie i ten zapach czuć dłuższą chwilę, ale nie drażni, wręcz przeciwnie. Konsystencja jest lekka, nie ma uczucia tłustości. Byłam zdziwiona jak dobrze ten krem poradził sobie z nawilżeniem moich dłoni, bo suchość  i czerwone plamy z podrażnienia zniknęły od razu i ten stan utrzymał się cały dzien pomimo bardzo częstego mycia rąk. Jedyny minus to mała pojemność pełnowymiarowego opakowania, bo tylko 35g i dość wysoka cena, ale myślę, że skuszę się na zakup pandowego kremu.

11. Lioele-Triple The Solution BB Cream SPF 30

Ten krem to bodajże najlepszy BB jakiego do tej pory używałam i koniecznie muszę kupić całe opakowanie. Nie wiem tylko jaki to odcień, bo próbka nie posiadała tej informacji, ale mniemam, że któryś z ciemniejszych. Krem jest dość gęsty, lekko pachnie i przeraziło mnie na samym początku, że jest dość ciemny, ale po sekundzie od nałożenia wtapia się w skórę i jaśnieje tak, że idealnie pasuje do mojej karnacji. Jest niewidoczny, a jednak sprawia, że twarz wygląda jak z okładki. Jest bardzo gładka, rozświetlona i jednocześnie zmatowiona, ale nie jest to płaski mat. Bardzo dobre jest też jego krycie i pod tym względem wyróżnia się na tle innych kremów BB. Myśle, że jeśli macie coś do ukrycia to warto ten kosmetyk wypóbować. Daje on naturalne wykończenie, nie ma tu żadnej maski z tym, że właśnie krycie jest dużo większe niż w innych tego typu specyfikach.

Trwałość całodzienna, krem trzymał się od rana do wieczora w niezmienionym stanie, nie zapycha porów i na dokładkę posiada filtr SPF 30. Czy trzeba czegoś więcej? Serdecznie polecam.



Opuściły mnie:

- flakon Roberto Cavalli eau de parfum


Znacie coś z mojego denka?